piątek, 21 lutego 2020

Sztuka tworzenia wspomnień. Jak kreować i zapamiętywać szczęśliwe chwile - Meik Wiking


Tytuł: Sztuka tworzenia wspomnień. Jak kreować i zapamiętywać szczęśliwe chwile (tytuł oryginału: The Art of Making Memories: How to Create and Remember Happy Moments)
Autor: Meik Wiking
Wydawnictwo: Insignis
Data wydania: 13.11.2019r.
Liczba stron: 288


Jak tworzyć wspomnienia?

Wspomnienia. Sprawa z pozoru oczywista, setki wspomnień żyją bowiem w pamięci każdego z nas. Dlaczego jednak jedne rzeczy pamiętamy, a innych nie? Z jakiego powodu pewne sytuacje zapadają nam w pamięć, a inne nam umykają i znikają za zasłoną zapomnienia? Meik Wiking próbuje odpowiedzieć na powyższe pytania, a następnie próbuje dać nam odpowiedź na jeszcze jedno, które jest najciekawsze: jak TWORZYĆ wspomnienia. W tym te najbardziej szczęśliwe :)

Dania. Kraj hygge. Specjalnie o owym hygge piszę, albowiem chyba tylko w kraju z czegoś takiego słynącym mógł powstać Instytut Badań nad Szczęściem :) Autor niniejszej książki jest jego dyrektorem i... to wiele tłumaczy. Omawiana lektura jest niczym innym jak próbą odnalezienia szczęścia w naszych wspomnieniach. A następnie rozłożenia go na czynniki pierwsze tak, aby możliwe było posługiwanie się nimi w celu stworzenia nowych wspomnień, najlepiej przepełnionych szczęściem (brzmi jak tęcza i jednorożce, nieprawdaż?). Innymi słowy "Sztuka tworzenia wspomnień" jest próbą złapania w chwilach tego "czegoś", przez co wywołują one na naszych ustach... uśmiech :)

Czy to jest w ogóle wykonalne? - sterowanie zapamiętywaniem chwil tak, aby zachować w pamięci szczęśliwe wspomnienia i je poniekąd kreować? Okazuje się, że tak. I nie jest to wcale mrzonka. Instytut Meika Wikinga przeprowadził szeroko zakrojone badania dotyczące szczęścia i tego, czym ono jest dla ludzi w ich wspomnieniach. Wyniki badań pozwoliły na wyodrębnienie tzw. sześciu składników szczęśliwego wspomnienia - dodanie ich do siebie ma zagwarantować, że nowe wspomnienie będzie szczęśliwe.


"Nie wiesz, że tworzysz wspomnienia, wiesz tylko, że świetnie się bawisz".

Powyższy (przytoczony zresztą już we wstępie książki) cytat autorstwa Kubusia Puchatka dobrze oddaje sens tego, co należy czynić, aby mieć szczęśliwe wspomnienia. Trzeba umiejętnie gospodarować emocjami i przede wszystkim przywoływać te dobre. Nie zaszkodzi też zaangażowanie pełni zmysłów, zwolnienie tempa i  uważne chłonięcie sobą całego otoczenia. Warto także nadawać chwilom znaczenie - szukać przyjemności w małych i z pozoru nieistotnych rzeczach. Te małe radości są zwykle najważniejszą składową szeroko pojętego szczęścia. Warto o tym pamiętać :) - również w procesie kształtowania własnych wspomnień.

Książkę czyta się fantastycznie. To poniekąd za sprawą omawianego tematu, a po trosze zapewne dzięki umiejętnościom narracyjnym autora, ale z kolejnych stron tchnie jeden wielki OPTYMIZM :) To wydatnie wpływa na to, że czytanie "Sztuki tworzenia wspomnień" jest po prostu sporego kalibru przyjemnością :) 

Zawarte na kolejnych stronach małe i duże pomysły także przemawiają do wyobraźni. I budzą na ustach uśmiech, nie sposób bowiem się nie uśmiechnąć czytając choćby o wynikach międzynarodowych ankiet, w których badani wskazali 50 najprzyjemniejszych wspomnień z dzieciństwa i odkryć, że lwią część z nich także się przeżyło :) Podobnie pozytywne skojarzenia budzi np. sugestia, ażeby nadawać chwilom i ważnym dla nas miejscom indywidualny rys, czytelny tylko dla nas, poprzez np. charakterystyczne nazwanie jakiegoś miejsca (np. "moje jeziorko"). Niby niewiele, a... wiele zmienia ;)

Ta książka jest moim skromnym zdanie TYLKO I WYŁĄCZNIE DO POLECENIA. I to do GORĄCEGO polecenia! :)

Dziękuję Wydawnictwu Insignis za egzemplarz recenzencki.


#sztukatworzeniawspomnień #wspomnienia #szczęście #meikwiking #instytutbadańnadszczęściem #insignis






czwartek, 20 lutego 2020

Astrofizyka dla młodych zabieganych - Neil deGrasse Tyson


Tytuł: Astrofizyka dla młodych zabieganych (tytuł oryginału: Astrophysics for Young People in a Hurry)
Autor: Neil deGrasse Tyson
Wydawnictwo: Insignis
Data wydania: 27.11.2019r.
Liczba stron: 200



Spacer pod gwiazdami.

„Astrofizyka dla młodych zabieganych” to, w wielkim skrócie, kosmos i jego tajemnice w odsłonie dla nieco młodszych czytelników. Czy oznacza to jednak, że ci nieco starsi nie mogą po tę pozycję sięgnąć? Bynajmniej!

deGrasse Tyson to znany propagator nauki i jej tłumaczenia na język zrozumiały dla laika. Mając za sobą lekturę jego innych książek (w tym "Astrofizyki dla zabieganych", o której można w zasadzie powiedzieć, że była swoistą bazą do stworzenia omawianej właśnie wersji dla młodszych czytelników) żyłem w przekonaniu, że zawiłych zagadnień z pogranicza fizyki, astronomii, techniki, chemii i innych nauk ścisłych odniesionych do Wszechświata nie da się przedstawić prościej niż już to uczyniono. Myliłem się :) deGrasse Tyson wykłada na kolejnych stronach tajemnice kosmosu jak kawę na ławę w jeszcze bardziej łopatologiczny sposób niż do tej pory.

Co znajdziemy w środku jeśli chodzi o treść? Fascynującą podróż do czarnych dziur okraszoną opowieściami o materii, o energii, rozważaniami o sposobach nawiązania kontaktu z kosmitami, o ich sposobie postrzegania Ziemi, a także o rodzajach istniejących we Wszechświecie galaktyk. Całość uzupełniono znakomitymi ilustracjami i pięknymi zdjęciami - aż miło jest trzymać taką książkę w rękach.

Szczerze powiedziawszy deGrasse Tyson kupił mnie tą lekturą bardziej niż swoimi poprzednimi publikacjami ;) Stało się tak przede wszystkim dlatego, że zawiłe kwestie dotyczące trudnych zagadnień autor wyłuszcza w jeszcze bardziej przystępny i zrozumiały sposób niż miało to miejsce w jego innych książkach. Mi to pasuje, a jeśli oznacza to, że w kwestii zrozumienia tematu jestem na poziomie dziecka... ;) Trudno :) Ważne, że coś jednak rozumiem! ;)

Książki takie jak ta mają szansę - i nie jest to kokieteria - przekonać dzieciaki do świata nauki i do szeroko pojętych nauk ścisłych. Serio. Atrakcyjne i przemawiające do wyobraźni przedstawienie jakiegoś zagadnienia zawsze przyciąga czytelnika. Ta pozycja spełnia te kryteria - ma w sobie to "coś".

Polecam!

Dziękuję Wydawnictwu Insignis za egzemplarz recenzencki.


#astrofizykadlamłodychzabieganych #degrassetyson #insignis #kosmos #wszechświat






piątek, 14 lutego 2020

Dallas'63 - Stephen King


Tytuł: Dallas'63 (tytuł oryginału: 11/22/63)
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 2011r.
Liczba stron: 864


Królicza nora.

Czy chcesz wejść do króliczej nory? Czy masz odwagę, by zmienić przeszłość? Czekajcie, to już gdzieś było... Ale czy rzeczywiście? W TAKIM wydaniu? Oj, nie:) "Dallas'63" (lub, jeśli ktoś woli "11.22.63") to coś, co WYMYKA SIĘ SCHEMATOM.

Książka PORYWA (!) i nie puszcza do samego końca. Podróże w czasie to tak oklepany motyw literacki, że szkoda gadać - jednak tutaj wykonanie tego pomysłu rozkłada człowieka na łopatki. Spytacie pewnie z jakiego to, szczególnego powodu? Powód jest jeden: w końcu King nie poprzestał na walnięciu czytelnika dawką grozy, groteski i suspensu, ale poszedł o krok dalej: dał TEMAT DO PRZEMYŚLEŃ, analiz, gdybania; do życia tą książką na długo po odłożeniu jej na półkę.


Uczynienie z motywu przewodniego zamachu na JFK z pozoru może już na wstępie nudzić, lecz... to tylko pozory:) Stephen K. może i powoli nawija makaron na swój (i nasz) widelec, ale przez czas nawijania wiąże czytelnika sympatią do bohaterów, świetną akcją, niepewnością, napięciem i nagle... z obgadanego w setkach książek tematu czyni w ten sposób coś, co zaskakuje. WCIĄGA! Ta książka to - uwierzcie, naprawdę - jeden wielki, SZALONY ROLLERCOASTER!

Dochodzę do momentu, w którym uniknięcie spoilera jest niesamowicie trudne... Powiem więc tak: POŁĄCZCIE SOBIE "POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI", "EFEKT MOTYLA", ZAMACH NA JFK, HISTORIĘ O UTRACONYM SZCZĘŚCIU, ZAPAKUJCIE WSZYSTKO W GRUBE TOMISZCZE I DOSTANIECIE "DALLAS'63" :) I uwierzcie: warto ten karkołomny manewr połączenia w/w motywów sobie wyobrazić, a potem... przeczytać go:)


Być może ocena 10/10 jest na wyrost (i za osobę autora), ale dla mnie ta książka to absolutny top 5 (może i top 3?) Stephena Kinga. Nie zrażajcie się objętością i przeczytajcie tę książkę: WARTO.

To jak będzie? Zdecydujecie się wejść do króliczej nory? Jeśli tak, pamiętajcie o jednym: "When you fight the past, the past fights back":)        

#dallas63 #stephenking #jfk #podróżewczasie #usa #jakeepping

PS. Notka o wydaniach:


1. Kolekcja Mistrza Grozy 2018 (część 1)
2. Kolekcja Mistrza Grozy 2018 (część 2)
3. Prószyński i S-ka 2011





środa, 12 lutego 2020

Tyson Fury. Bez maski. Autobiografia - Tyson Fury


Tytuł: Tyson Fury. Bez maski. Autobiografia (tytuł oryginału: Behind the Mask. My Autobiography)
Autor: Tyson Fury
Wydawnictwo: SQN
Data wydania: 12.02.2020r.
Liczba stron: 320



Gypsy King.

Tyson Fury. Czy któryś fan boksu nie zna tego nazwiska? Brytyjczyk jest przyczyną niejednej sensacji zawodowego ringu w kategorii ciężkiej ostatnich lat. Nie sposób przy tym wskazać na dzień dzisiejszy drugiego aktywnego zawodowo boksera, który odbyłby podobną drogę na szczyt, później na dno… i jeszcze raz na szczyt (a przynajmniej w jego stronę). Olbrzym z Wilmslow, Gypsy King – jakiegokolwiek pseudonimu Fury’ego by nie używać, pewne jest jedno: mamy do czynienia z pięściarzem wyjątkowym. A także - co pokazuje niniejsza książka - z wyjątkowym człowiekiem. „Bez maski” to bowiem nie tylko historia boksera. To także historia człowieka, który borykając się ze swoimi słabościami, z uzależnieniem oraz z nękającymi go zaburzeniami zdobył się na odwagę i opowiedział o tym wszystkim światu.

Im bardziej o przeczytanej historii myślę tym bardziej dochodzę do wniosku, że jest bardziej o życiu, a mniej o boksie. Rzecz jasna boks to kluczowa – i dla fanów sportu najbardziej interesująca – część biografii Fury’ego, jednak przeplata się ona z opowieścią o depresji, o upadku, o beznadziei, o uzależnieniu i o braku sił do walki o samego siebie. Brzmi szokująco, jednak taka właśnie była (i jest, z tego rodzaju problemów nie wychodzi się bowiem ot tak; szalenie długo można się z nimi zmagać) rzeczywistość Tysona Fury’ego: byłego już mistrza świata wagi ciężkiej, który po wygraniu walki z Władimirem Kliczką miał u swych stóp cały bokserski świat… I właśnie wtedy, stojąc na szczycie, chciał ze sobą skończyć. Szok? A jednak… Nawet stojąc na szczycie można zsuwać się mentalnie w otchłań.

Tak naprawdę właśnie o tym jest ta książka: o mentalnej otchłani i o wielkiej sztuce jaką jest wydostanie się z niej. Choć w kolejnych częściach książki Fury opowiada kolejno o kluczowych dla jego kariery walkach (Kliczko, Wilder), o dzieciństwie, o pierwszych krokach na ringu, czy o odpowiednim podejściu psychologicznym do walki oraz do rywala (dzięki któremu, jeśli wierzyć Tysonowi, osiągnął na ringu tak wiele), to jednak temat jego problemów mentalnych przewija się cały czas w tle. 

Fury na wstępie książki (rozpoczętej opisem szalonego rajdu samochodem odbytego z prędkością 250 km/h i potencjalnym zamiarem popełnienia samobójstwa) przyznaje otwarcie, że cierpi na depresję oraz na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Bum… Dla niejednego fana boksu to wyznanie będzie nie lada zaskoczeniem. Wielu obserwatorów tego sportu patrzyło na „wyczyny” Fury’ego w ostatnich latach ze smutkiem, a następnie ze wzruszeniem ramion; ot, sodówa. Nie uniósł sukcesu i popularności. Część kibiców tak tłumaczyła sobie odwołanie rewanżu z Kliczką, czy problemy alkoholowo-narkotykowe Fury’ego. Na pierwszy rzut oka – ok, tak to mogło wyglądać. Prawda jest jednak zupełnie inna i dziś Tyson Fury wyznaje ją wprost: winne są jego zaburzenia psychiczne. Zdaję sobie sprawę, że nawet ta deklaracja padająca z ust pięściarza nie każdego przekona. I właśnie dlatego powstała ta książka. Jest ona bowiem zapisem walki Tysona z samym sobą i z własnym pędem ku autodestrukcji. Walki zwycięskiej, które to zwycięstwo jest bodaj czy nie najważniejszym sukcesem jego życia. Sukcesem, który może zainspirować innych z podobnymi problemami oraz pokazać im, że nie są sami, a także – docelowo – zwiększyć świadomość ludzi na temat problemów, które w wielu społeczeństwach i społecznościach są do dziś tematem tabu i powodem do społecznego wykluczenia wszystkich tych, których owe problemy są udziałem.

Zrobił się z tego bardziej opis książki psychologicznej niż sportowej ;) Spokojnie, sport też będzie. I będzie go całkiem sporo! Fury to świetny bokser- tego nikt mu nie odmówi. W kolejnych rozdziałach poznamy jego historię i całą drogę na szczyt. Fury opisze nie tylko swoje walki, ale także metody treningowe i psychologiczne gry z przeciwnikami z których jest znany (w tym miejscu wspomnę tylko – co wynika już z opisu książki – o tym, jak ważną według Fury’ego rolę odegrała historia z sauną w konfrontacji z Kliczką; typowa zagrywka mentalna ;) ). Wszystko jest okraszone typowym dla Tysona stylem pełnym przyjemnego (choć może troszkę czasami irytującego) trash talking i trącącymi pyszałkowatością zapewnieniami o swojej wyjątkowości. Wygłupy i wytrącanie z równowagi (czasem szokowanie?) rywali oraz opinii publicznej jak najbardziej również będą :) Czy to wystarczy za rekomendację od strony sportowej patrząc? ;)

Fury bardzo dużo pisze o Bogu, o rodzinie oraz o tym, co jest dla niego w życiu najważniejsze. Może dla niektórych będzie to zaskoczenie, ale Tyson jest osobą głęboko wierzącą i we wszystkim prawie – a na pewno w kluczowych dla swojego życia chwilach – widzi rękę Opatrzności. Ciekawe, ale bynajmniej nie ma w tym nic ani śmiesznego, ani groteskowego. Co z tego, że mierzący ponad dwa metry wzrostu olbrzymi facet kocha Boga? Absolutnie nic.

Dużą siłą książki są momenty, w których kolejne treści uderzają w czytelnika jak obuchem z racji siły rażenia przytaczanych opisów. Historia z pędzącym 250 km/h w stronę samozagłady samochodem, niesamowicie osobiste wyznanie o chorobie, opowieść o pochowaniu dziecka, które poroniła partnerka Fury’ego… Te momenty i obrazy mają w sobie moc. Nie trzeba przy ich okazji zbyt wielu komentarzy autora. Działają na czytelnika same w sobie, są pełne emocji i sprawiają, że książka staje się czymś dużo więcej niż tylko autobiografią znanego pięściarza.

Zapewne wielu z Was sięgając po tę lekturę będzie sobie zadawać pytanie, czy 22.02.2020 roku Fury wygra w drugim starciu z Wilderem i znów zostanie mistrzem świata. Zobaczymy. Osobiście trzymam kciuki – trzymałem je nawet przed przeczytaniem tej książki ;) Już za dziesięć dni licząc od daty premiery „Bez maski” dowiemy się, czy Tyson Fury wygra jeszcze jedną ważną walkę swojego życia.

Lektura świetna, ciekawa, z dobrym rytmem narracji i szalenie przy tym pouczająca. Zawsze lubiłem Fury’ego jako boksera, teraz jednak nabrałem do niego szacunku także jako do człowieka. Ta książka rzeczywiście jest w stanie zmienić sposób postrzegania Olbrzyma z Wilmslow. Na plus.


Polecam!

Dziękuję Wydawnictwu SQN za egzemplarz recenzencki.

#tysonfury #bezmaski #behindthemask #boks #sport #sqn #autobiografia





wtorek, 11 lutego 2020

Świst umarłych - Graham Masterton


Tytuł: Świst umarłych (tytuł oryginału: Dead Men Whistling)
Cykl: Katie Maguire (tom 9)
Autor: Graham Masterton
Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 29.01.2020r.
Liczba stron: 448



Thriller a’la Masterton.

„Świst umarłych” to kolejna thrillerowa odsłona cyklu z Katie Maguire w roli głównej. Pani nadkomisarz ma pełne ręce roboty – i to roboty nad wyraz niebezpiecznej, tropi bowiem nie tylko gangsterów i dealerów narkotykowych, ale także zdrajców na własnym podwórku, sprawa bowiem łączy się z wątkiem korupcji w policji. Historia zaś rozpoczyna się wraz z odkryciem makabrycznego znaleziska na miejscowym cmentarzu…

Owo znalezisko to zwłoki sierżanta Kierana O’Regana. Funkcjonariusz miał dostarczyć kluczowe dowody w sprawie korupcji w szeregach policji – ktoś go ewidentnie uciszył… Makabryczność tego zabójstwa polega na tym, że sierżant został pozbawiony głowy, a w jego gardło wepchnięto flet – czytelny znak dla innych chcących ujawnić prawdę, który głosi, że każdego kto spróbuje sypać czeka podobny los. Dla interesów pewnych osób ewidentnie najlepiej będzie, żeby pozostali nie sypali i „nie świszczeli”… W tym momencie do akcji wkracza nadkomisarz Katie Maguire, sprawa korupcji łączy się bowiem nierozerwalnie z kwestią przyskrzynienia pewnego dealera narkotyków, którego za kratki wpakowała właśnie Maguire. Nadkomisarz jest zdeterminowana żeby wyjaśnić sprawę i doprowadzić ją do końca. Zaczynają jednak ginąć inni ludzie… A sama Maguire wpada w poważne tarapaty i niebezpieczeństwo, które może ją dopaść w każdej chwili.

Przyznam szczerze, że to moje pierwsze doświadczenie z książkami Mastertona w konwencji thrillera. Ciekawe doznanie czytelnicze, aczkolwiek zupełnie inne niż flagowe tytuły tego pana, jak cykl „Manitou”, czy „Tengu” lub „Kostnica”. To ewidentnie nie jest horror, do której to konwencji u Mastertona przywykłem. Z horroru ostała się tutaj makabra i brutalność – znaki rozpoznawcze Mastertona ;) Cała reszta natomiast jest w porządku. Jeśli spróbuje się zapomnieć o nazwisku autora na okładce i w konsekwencji o wszystkim, do czego nas przyzwyczaił, to lektura sama w sobie jest naprawdę zajmująca.

Książkę czyta się całkiem przyjemnie. Fabuła stoi na dobrym poziomie, akcja toczy się w przyzwoitym rytmie - tytuł mnie przekonał :) Wielbicielom gatunku może nieco przeszkadzać styl Mastertona, w którym co jakiś czas przesadza on trochę z makabrą i nieco topornie kręci sterem opowieści kiedy ma wykonać zwrot fabularny, ale to jest jak najbardziej do przełknięcia. Ważne jest także to, że tym razem – co zapewne wynika z przyjętej konwencji – Masterton nie zahacza momentami o kicz, co ma czasem miejsce w innych jego książkach (zwłaszcza w horrorach). Thriller jako gatunek kiczu raczej nie toleruje ;) 

Jest dobrze, a zatem polecam :) Ze swojej strony dodam jeszcze, że zapewne sięgnę też po inne części cyklu z Katie Maguire w roli głównej ;)

Dziękuję Wydawnictwu Albatros za egzemplarz recenzencki.

#świstumarłych #grahammasterton #wydawnictwoalbatros #katiemaguire #thriller








niedziela, 9 lutego 2020

Lśnienie - Stephen King


Tytuł: Lśnienie (tytuł oryginału: The Shining)
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka*
Data wydania: 2009r.*
Liczba stron: 520


Hotel Panorama zaprasza! :)

REDRUM... wystarczy to jedno słowo (plus zapamiętana z filmu, opętana twarz Jacka Nicholsona, szczerząca się w rozrąbanych siekierą drzwiach) i wszystko staje się jasne :) Panie i Panowie! - oto "Lśnienie"!

I czymże jest tak naprawdę rzeczone "Lśnienie"? Jeszcze jedną książką niesamowicie poczytnego pisarza? O, nie :)... "Lśnienie" to GENIALNY PRZYKŁAD MISTRZOSTWA STEPHENA KINGA!, POWIEŚĆ BĘDĄCA KWINTESENCJĄ CZYSTEJ GROZY, NIEDOŚCIGNIONYM WZOREM DLA INNYCH I KLASĄ SAMA DLA SIEBIE. "Lśnienie", pomimo czterech krzyżyków na karku, to wciąż jeden z horrorów wszech czasów. I długo tak jeszcze będzie!

O tej książce napisano już chyba wszystko co było do napisania... Nie będę więc pewnie w swej opinii jakoś szczególnie odkrywczy ;), jednak kilka rzeczy muszę powiedzieć. Pierwszą z nich jest podkreślenie tego, CO TA KSIĄŻKA JEST W STANIE ZROBIĆ Z CZŁOWIEKIEM CZYTAJĄCYM JĄ PO ZMROKU W CISZY PUSTEGO POKOJU. Alienacja trójki bohaterów w Hotelu Panorama w sposób nieunikniony udziela się czytającemu i nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to, co czyha w Panoramie, jest dosłownie na wyciągnięcie ręki - i to tuż obok nas... Brrr!... :) KOCHAM TEN EFEKT W KSIĄŻKACH KINGA! To jest po prostu nie do podrobienia :)


Druga sprawa: KING W "LŚNIENIU" POKAZUJE IDEALNY, MODELOWY SPOSÓB BUDOWANIA NAPIĘCIA, rozwijania fabuły i kierowania jej... prosto W MROK. Kwestią dyskusyjną jest tu oczywiście osławione już gawędziarstwo Kinga, ale, jak wielokrotnie pisałem przy innych okazjach, jest to według mnie nie wada, lecz zaleta Jego twórczości. Tylko dzięki tym dygresjom, czynionym na całe wręcz strony, Mistrz jest w stanie walnąć nas znienacka czymś mrożącym krew w żyłach; tylko dzięki swojemu dygresyjnemu stylowi jest w stanie przyłapać nas z opuszczoną gardą - rozluźnionych, niczego się nie spodziewających szaraczków-czytelników, i walnąć nas celnym prawym sierpowym :) To dość cenna umiejętność, nieprawdaż? :)

Trzecia kwestia: bohaterowie. Opętany przez Panoramę Jack Torrance, jego obdarzony lśnieniem syn Danny, z pozoru słaba w tym zestawieniu Wendy i to czyhające w mrokach korytarzy COŚ, co żyje na poły realnie na poły nierealnie; COŚ co egzystuje obok wspomnianej trójki, karmi się złymi emocjami, nadaje ton rozwojowi zdarzeń i, tak naprawdę, jest właściwym i najważniejszym bohaterem tej powieści. Zestawienie bohaterów bezbłędne, świetnie pomyślane i skierowane na ZMROŻENIE CZYTELNIKA STRACHEM. A motyw odcięcia od świata w zasypanym zewsząd hotelu tylko ten efekt potęguje... Czyli jest tak, jak być powinno: KINGOWO, MROCZNIE I STRASZNIE! :)

Kwestia czwarta i, tak myślę, ostatnia: dylematy dotyczące "Lśnienia"... Czy są jakieś? :) CO DO TREŚCI, FABUŁY, KONSTRUKCJI POWIEŚCI I JEJ ODDZIAŁYWANIA NIE MA SIĘ DOSŁOWNIE DO CZEGOKOLWIEK PRZYCZEPIĆ. Jedyny dylemat jest tak naprawdę inny: CZY "LŚNIENIE" TO HORROR WSZECH CZASÓW NR 1 ??? Oto jest pytanie... Ciężkie pytanie... Dla mnie King - jako King - to absolutny top topów i niedoścignione mistrzostwo, to autor okupujący w moich oczach - już na zawsze! - co najmniej pierwszą dziesiątkę kiedykolwiek napisanych horrorów, a "Lśnienie"... na pewno jest w pierwszej piątce, lecz czy na pierwszym miejscu?... Raczej nie... Dla mnie numerem jeden zawsze było, jest (i chyba już zawsze będzie) "Miasteczko Salem". "Lśnienie" jest w pierwszej piątce i tego się trzymajmy - nie podejmę się na chwilę obecną przypisania mu konkretnego miejsca w tej piątce i... tak to zostawmy ;)


TOTALNYM FAUX PAS JEST NIE KOJARZYĆ CHOĆBY NINIEJSZEJ POWIEŚCI. "Lśnienie" całe lata temu weszło - jak się okazuje na stałe - i wtopiło się we współczesną popkulturę. Nie sądzę by znalazł się ktoś, kto nie kojarzy wykrzywionej szaleństwem twarzy Jacka Nicholsona wpatrującego się w przerażoną twarz swojej żony przez wyrąbaną siekierą dziurę w drzwiach ;)... Ten obrazek to najlepsze podsumowanie tego, o czym jest ta książka - "LŚNIENIE" JEST BOWIEM POWIEŚCIĄ O TKWIĄCYM W KAŻDYM W NAS SZALEŃSTWIE I O STRACHU PRZED NIM. A Stephen King po mistrzowsku żonglując tą wiedzą o ludzkich strachach i szaleństwach, po prostu ten proces opisał i stworzył rzecz wiekopomną :) Rzecz, którą warto (i trzeba!) przeczytać :) - i kompletnie nieważne jest przy tym czy wolicie filmową wersję Kubricka (której King nienawidzi), czy miniserial z 1997 roku ;)

Bawcie się dobrze w Panoramie!

.........................................................

* Gwiazdką oznaczono dane wydawnicze dotyczące głównego zdjęcia tej recenzji ;) Wydań "Lśnienia" jest rzecz jasna dużo więcej. Nie mogę (niestety) powiedzieć, że mam wszystkie jakie ukazały się w Polsce (może kiedyś się uda ;) ), ale kilka na załączonych do tej recenzji fotkach się znajdzie (w tym niemieckojęzyczne ;) ):


1. Prószyński i S-ka / Albatros (Kolekcja Mistrza Grozy); 2017r.
2. Iskry; 1990r.
3. Prószyński i S-ka; 2009r.
4. Prószyński i S-ka (pocket); 2016r.
5. Bastei Lübbe; 1985r. (wersja niemieckojęzyczna)

#lśnienie #theshining #stephenking #hotelpanorama #jacktorrance #wendytorrance #dannytorrence






sobota, 8 lutego 2020

Tyson Fury. Bez maski - PREMIERA 12.02.2020 !!!


PIĘŚCIARZ, KTÓRY SPRAWIŁ NIE LADA SENSACJĘ KOŃCZĄC BOKSERSKĄ ERĘ BRACI KLICZKO. RÓWNIE SZYBKO NA SZCZYT WSZEDŁ I Z  NIEGO SPADŁ. TYSON FURY MA NIE BYLE JAKĄ HISTORIĘ. AUTOBIOGRAFIA WYDANA NAKŁADEM SQN JUŻ 12 LUTEGO!

Więcej o książce:

https://www.wsqn.pl/ksiazki/tyson-fury-bez-maski/

RECENZJA OCZYWIŚCIE NIEBAWEM ;)
.........................................................................................

Opis Wydawcy:
Przyszedł na świat, ważąc ledwie 450 gramów. Lekarze dawali mu jeden procent szans na przeżycie. 14 lat później mierzył już niemal dwa metry, a rywale uciekali, gdy tylko zobaczyli go na ważeniu. Kiedy zdobył tytuł mistrza świata wydawało się, że osiągnął swój wymarzony cel. Nie miał pojęcia, że dopiero teraz zmierzy się z najtrudniejszym przeciwnikiem.
Depresja, a wraz z nią kolejne omeny: alkohol, narkotyki i myśli samobójcze. Był „Królem Cyganów”, który sensacyjnie położył kres erze braci Kliczko, a w kilka miesięcy stał się 180-kilogramowym wrakiem człowieka. Był o krok od skończenia ze sobą, ale również z tej walki wyszedł zwycięsko.
W tej szokującej autobiografii Tyson Fury opowiada, jak tego dokonał. Ale nie tylko. Zdradza, co działo się w szatni przed i po walce z Wilderem, kto próbował go przekręcić podczas turnieju w Polsce i jak to możliwe, że pojedynek z Kliczką rozegrał się tak naprawdę w saunie. Najlepszy bokser naszych czasów zrzuca swoją maskę. Sprawdź, co się pod nią kryje!

#tysonfury #bezmaski #sqn #autobiografia #boks





Głosowanie na KSIĄŻKI ROKU 2019 do końca lutego 2020r. ;) :)


Jak co roku Lubimy Czytać zaprasza na plebiscyt na KSIĄŻKI ROKU - tym razem najlepsze tytuły 2019 roku wybierzemy w 13 kategoriach :)
Głosowanie do końca lutego 2020r.!

https://lubimyczytac.pl/plebiscyt






piątek, 7 lutego 2020

Wojna makowa - Rebecca F. Kuang [ PRZEDPREMIEROWO!!! ]


Tytuł: Wojna makowa (tytuł oryginału: The Poppy War)
Cykl: Trylogia wojen makowych (tom 1)
Autor: Rebecca F. Kuang
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 12.02.2020r.
Liczba stron: 640


!!! PRZEDPREMIEROWO !!!

Ogień feniksa.

"Wojna makowa" to debiut z rodzaju tych, które wbijają w fotel. Deszcz nagród dla tej książki nie wziął się znikąd. Aż ciężko uwierzyć w to, że jest to faktycznie debiut Rebecci F. Kuang - a jednak! Ta książka pożre Waszą uwagę i nie odda jej dopóki nie skończycie czytać ostatniej strony. Czy jest ktoś, kto nie czekał na tę premierę? Ręka do góry? Nie widzę :) Panie i Panowie - oto wyczekana jak na szpilkach od momentu ogłoszenia daty premiery "Wojna makowa"!

Miałem okazję przeczytać tę książkę jako jeden z pierwszych - tak, jestem szczęściarzem :) (!). Te 640 stron to było naprawdę "COŚ"! (koniecznie przez duże "C"). Kuang łączy w tej powieści wszystko to, co może fascynować: magię, brutalność, grozę wojny, konwencję fantasy, sekrety Dalekiego Wschodu, kaprysy bogów, ludzkie dramaty i nadzieje - a wszystko to pod sztandarem smoka, który spływa krwią i zostaje w miarę rozwoju wydarzeń przesłonięty przez dym, ogień i łunę pożogi. Dzieje się!


Historia rozpoczyna się wraz z poznaniem przez nas Runin Fang (w skrócie Rin) - biednej sieroty wojennej z Tikany, zapadłej dziury w Prowincji Koguta, która stanowi południową częścią Cesarstwa Nikan. Życie Rin nie jest łatwe: adoptowana przez rodzinę miejscowych handlarzy opium (który to proceder jest rzecz jasna nielegalny) aby przetrwać ma do wyboru albo wyjść za mąż za obleśnego starca (co do którego jej przybrana matka radzi, aby urodziła mu jakieś dziecko, a później żeby podtruwała go stopniowo opium - wszystko po to, aby docelowo mieć spokój i dostęp do pieniędzy), lub też zdać keju: państwowy egzamin pozwalający dostać się na wymarzoną uczelnię. Wybór Rin jest prosty. Mierzy wysoko - marzy o dostaniu się do akademii w Sinegardzie, najlepszej szkoły wojskowej w cesarstwie. 

Zaskoczeniem zapewne nie będzie jeśli zdradzę, że Rin ta sztuka się udaje (gdyby się nie udało, to podejrzewam, że autorka miałaby poważny problem jak pociągnąć dalej fabułę ;) ). Na miejscu - jako uboga prowincjuszka - przekonuje się o tym, iż jest traktowana jako uczeń drugiej kategorii (by nie rzec - ostatniej). Nic nie zostaje jej darowane, o wszystko musi walczyć. Wszystko musi sobie wręcz wyszarpać. Sytuacji nie ułatwia fakt zatargu i wzajemnej nienawiści wynikającej z uprzedzeń pomiędzy nią, a Nezhą - synem możnowładcy Smoka, który powodowany butą, arogancją i poczuciem wyższości od pierwszego dnia pogardza Rin i szkodzi jej jak tylko może. Efekt jest taki, że dziewczyna zostaje usunięta z zajęć walki, a bez umiejętności tam nabytych może zostać usunięta z uczelni... Na jej drodze pojawia się jednak nauczyciel tradycji, Jiang. Ta znajomość zmienia WSZYSTKO.


Na arenę zdarzeń wkraczają powoli bogowie, magia oraz fascynująca - a jednocześnie tak trudna w zrozumieniu dla Europejczyka! - tradycja i filozofia Dalekiego Wschodu. Rin wkracza na ścieżkę, która może ją albo zniszczyć, albo doprowadzić ją do rzeczy wielkich. Jiang jednak nie zaspokaja żądzy wiedzy dziewczyny, stara się ją wręcz hamować... Frustrację Rin z takiego obrotu rzeczy przesłaniają jednak inne sprawy: nauka, trening, fascynacja Altanem Trensingiem, ostatnim przedstawicielem wymordowanego przez Federację Mugen narodu Speerytów, a także... majacząca na horyzoncie zdarzeń wojna...

Wspomniana wojna rzecz jasna wybuchnie (kolejny mały spoiler na temat wydarzeń oczywistych, bez których ta powieść nie miałaby prawdopodobnie fabularnego sensu ;) ), lecz zanim do tego dojdziemy, to wypada powiedzieć kilka słów na temat całego uniwersum stworzonego przez Kuang. Centralne miejsce opowieści zajmuje wspomniane już Cesarstwo Nikan. Składają się na nie prowincje zarządzane przez możnowładców, w teorii spojone władzą cesarzowej. Władza ta jest jednak słaba... Problem wynika z ciągłych waśni i skłócenia możnowładców, którzy ciągle ze sobą rywalizują i za nic nie chcą ze sobą współpracować. Nawet w obliczu widma zagłady. Widmem takim jest mieszcząca się na wschodnich wyspach Federacja Mugen - okrutny i agresywny sąsiad, z którym cesarstwo stoczyło już dwie krwawe wojny. Ostatnią ledwo wygrało i to tylko dlatego, że w konflikt włączyli się Hesperianie, którzy nie chcieli dopuścić do zachwiania (względnej) równowagi sił w regionie. Wieść niesie, że Hesperianie pomogli Nikaryjkczykom głównie z uwagi na zagładę Speer - wyspy należącej do cesarstwa słynącej ze znakomitych, władających ogniem wojowników, których Mugen wyrżnęło w pień w czasie jednej okrutnej kampanii. Spośród Speerytów ostał się tylko Altan Trengsin - legenda wojskowej akademii w Sinegardzie, niepokonany wojownik, władający ognistą magią Feniksa młodzieniec, który postrzegany jest jako nadzieja cesarstwa na lepsze jutro. Historia głosi także - a może legenda? - że ostatnią wojnę Nikaryjczycy wygrali również dzięki zjednoczeniu sił przez trzech legendarnych już bohaterów, którzy poprowadzili sztandary cesarstwa do zwycięskiego boju... Prawda, czy raczej legenda? A może po trosze także i magia? Wkrótce się przekonamy - Mugen dąży do trzeciej już wojny i jeśli nie widmo ostatecznej zagłady, to chyba nic nie przywoła z ukrycia ani legendarnych bohaterów, ani magii.


Magia... Będzie :) I będzie jej całkiem sporo. Nie będzie to jednak żadne machanie różdżką, czy skakanie wokół ogniska z szamańskim bębenkiem w ręku. To będzie magia PEŁNĄ GĘBĄ ze wszystkimi jej niszczycielskimi konsekwencjami. Dowiemy się, czy Speeryci rzeczywiście potrafią przywoływać ogień Feniksa, czy istnieją inne bóstwa - ponoć jest gdzieś jakiś duchowy Panteon, w którym się od nich roi ;) - a także poznamy odpowiedź na pytanie, czy magią warto się posługiwać i jaka jest tego cena... Przekonamy się także, czy Altan rzeczywiście jest ostatnim żyjącym na świecie Speerytą... ;)

Nie wiem na ile znacie historię, ale W OCZY AŻ TUTAJ BIJĄ analogie do Chin, Japonii i szeroko pojętego Dalekiego Wschodu. Pięknie! :) Porównania aż same się proszą o ich dostrzeżenie, począwszy od faktu używania przez bohaterów pędzelka do kreślenia liter alfabetu, przez opisy kraju i jego zwyczajów (uprawa ryżu, narkotyzowanie się opium, chińsko brzmiące imiona i nazwiska), szczegóły architektoniczne (m.in. pagody), filozoficzno-kulturowe podobieństwa (medytacje, wyciszenie się), aż do sposobu zachowania się i opisów walk uczniów akademii wojskowej, a później żołnierzy na froncie. Analogie i skojarzenia są aż nadto wyraźne także jeśli chodzi o późniejszy przebieg działań militarnych (opisany w dalszej części książki). Zioną one okrucieństwem, agresją i wynaturzeniem ludzkiej natury, które aż nadto przypominają przebieg drugiej wojny chińsko-japońskiej (1937-1945)...


Wojna... Jako się rzekło - będzie. I od razu ostrzegam - to będzie bardzo brutalna kampania militarna. Jeśli nie przepadacie za krwawymi opisami mordowania żołnierzy i cywilów, za opisami eksperymentów medycznych, czy za opisami zabijania dzieci oraz za szczegółami ułożenia piramid z martwych ciał, czy odciętych głów - macie właśnie szansę się zawahać i... nie czytać tej książki. Miejscami nie jest bowiem łatwo czytać pewne ustępy. Czasem trzeba mieć w sobie dużą dozę wytrzymałości na podobne opisy. Bynajmniej nie chcę Was odwodzić od tej lektury, ale miejcie powyższe w pamięci. To nie jest książka ani dla dzieci, ani dla ludzi o słabych nerwach (tudzież dużej wrażliwości).

Uff... Chyba tyle wystarczy, co? ;) Spoilerów zafundowałem Wam mnóstwo, ale według mnie były one konieczne, "Wojna makowa" jest bowiem - nawet jak na fantasy - do tego stopnia obszerna tematycznie i (wręcz) monumentalna, wielowątkowa, że nie sposób skupić się tutaj tylko na jednym czy dwóch wybranych aspektach powieści. Trzeba niestety pouchylać trochę rąbków tajemnicy, inaczej bowiem nie sposób oddać w jakiejkolwiek recenzji pełnego sensu, przekazu i wymowy tej książki. A to dopiero pierwsza część trylogii! :)


Rebecca F. Kuang czaruje. I oczarowuje czytelnika wszystkim tym, co od wieków fascynuje ludzkość (w szczególności Europę) w krajach Dalekiego Wschodu. Klimat tej powieści jest pod tym kątem wyjątkowy, niepowtarzalny. I nieważne jest zupełnie, że Chiny nie są tutaj Chinami, a Japonia Japonią i że zamiast nich mamy Cesarstwo Nikan i Federację Mugen. Klimat Dalekiego Wschodu odczuwalny jest na każdej karcie tej powieści. Na dodatek zmieszano go w idealnie odmierzonych proporcjach z magią, tajemnicami, krwawym szczękiem oręża i z ludzkimi historiami, które wszystkie razem składają się na naprawdę dobrą opowieść. "Wojna makowa" tym właśnie jest - dobrą opowieścią. Rzekłbym nawet, że bardzo dobrą. Zapadającą w pamięć. Każącą czekać na ciąg dalszy. Pozostawiającą poczucie niedosytu. A takie książki lubimy najbardziej :)

Gorąco polecam!!!

Dziękuję Fabryce Słów za egzemplarz recenzencki.

#wojnamakowa #rebeccakuang #fabrykasłów #poppywar #speer #mugen #nikan #cesarstwo #magia #feniks #fangrunin #fantasy






czwartek, 6 lutego 2020

Obcy - Alan Dean Foster (scenariusz: Dan O'Bannon)


Tytuł: Obcy (tytuł oryginału: ALIEN: The Official Movie Novelization)
Autor: Alan Dean Foster (scenariusz: Dan O'Bannon)
Wydawnictwo: Vesper
Data wydania: 13.11.2019r.
Liczba stron: 316



Klasyka science-fiction!

Obły, wydłużony ku tyłowi łeb, garnitur ostrych zębów, a wszystko w przerażająco klaustrofobicznej, zamkniętej przestrzeni statku kosmicznego. Któż nie kojarzy „Obcego”? Filmy z Sigourney Weaver to klasyka kina science-fiction. Nawet jeśli nie widzieliście wszystkich (bo że żadnego – chyba nie uwierzę ;) ), to z całą pewnością kojarzycie samego Obcego – dziś już postać kultową nie tylko dla gatunku science-fiction, ale także dla całej popkultury. Przed nami książkowa odsłona pierwszego filmu z serii, która jest de facto sfabularyzowanym i uzupełnionym o sceny z wersji reżyserskiej scenariuszem.

Dla niektórych nieobeznanych z tematem ta pozycja może być myląca. Spieszę więc wyjaśnić – to NIE JEST książkowy oryginał, na podstawie którego powstał film. Jest dokładnie na odwrót. Zabieg rzadki, przywykliśmy bowiem, że to zwykle filmy są adaptacją książek, tutaj jednak kierunek adaptacji jest przeciwny. Karkołomne? Trochę tak… Zadania podjął się jednak Alan Dean Foster – twórca pokrewnych gatunkowo, fabularyzowanych scenariuszy (np. „Star Treka”). I wyszło mu to całkiem nieźle.

Dla niewtajemniczonych w tę historię – o ile tacy są, w co przyznam trudno mi uwierzyć – mały opis z delikatnym spoilerem ;) Statek kosmiczny „Nostromo” przemierza przestrzeń kosmiczną, zbacza jednak z kursu po odebraniu dziwnego sygnału z samotnej planety. Załoga „Nostromo” znajduje wrak innej jednostki. Z pozoru pozbawionej wszelkiego życia… Coś w tym wraku jednak tkwi i atakuje członków załogi, przenosząc się przy tym na „Nostromo”. Rozpoczyna się walka z czasem i z obcą, krwiożerczą istotą, której celem jest wydostanie się z pułapki i przetrwanie. Wszystko zaś dzieje się w ciasnych, klaustrofobicznych wnętrzach „Nostromo”, co tylko przydaje fabule dramaturgii i dreszczyku grozy. Kto wyjdzie górą z tego starcia? Garstka przerażonych ludzi, czy… Obcy?

Odczucia po lekturze są generalnie pozytywne, ale jednak… nieco mieszane. W książce zachowano klimat filmowej opowieści i czujemy narastającą wraz z rozwojem wydarzeń klaustrofobiczną grozę, jest to jednak nieco… odtwórcze. To widać. I odczucia nie są przy tym do końca takie same jak w przypadku filmu – film i książka to jednak dwie różne rzeczy… Tak więc jest przyjemnie, ale jeśli liczyliście na kopię wrażeń z filmu – spotka Was zawód. Będzie jednak wiele elementów, które Wam to wynagrodzą, a mianowicie sfabularyzowane fragmenty scenariusza, które nie znalazły się w ostatecznej wersji filmu (są dostępne jedynie w wersji reżyserskiej). Dostajemy także od Alana Deana Fostera kawał dobrej roboty jeśli chodzi o książkowe przedstawienie wszystkich tych elementów, które w filmie zilustrowano obrazem – myśli bohaterów, ich odczucia, motywacje; w filmie nie było czasu i możliwości żeby się na tych elementów skupiać – tutaj dostajemy je na tacy :)

Czy jest sens wracać do kinowych klasyków sprzed lat w taki sposób, w jaki zrobił to Alan Dean Foster? Jak najbardziej TAK :) Poza sentymentalną podróżą przez opowieść, która jest dziś kanonem science fiction naszym udziałem może być także całkiem nowe, książkowe, spojrzenie na całą historię. Jak już wspomniałem wyżej - nie jest to co prawda to samo, ale swoją wartość ma.

Na uwagę zasługuje także przepiękna szata graficzna książki z nowymi, niesamowicie klimatycznymi ilustracjami. Brawo! Takie wydanie może być nie lada gratką dla każdego fana gatunku, a zwłaszcza sagi z Obcym w roli głównej :)

Książka zrecenzowana dzięki uprzejmości Księgarni taniaksiazka.pl


Więcej o książce:
https://www.taniaksiazka.pl/obcy-alan-dean-foster-p-1313434.html

#obcy #alien #alandeanfoster #nostromo #taniaksiążka #sciencefiction #fantastyka #horror #kosmos





Star Trek Dziennik Pokładowy nr 1 - Alan Dean Foster


Tytuł: Star Trek Dziennik Pokładowy nr 1 (tytuł oryginału: Star Trek. Log One)
Autor: Alan Dean Foster
Wydawnictwo: Rebis
Data wydania: 1995r.
Liczba stron: 244


Star Trek książkowo!

To chyba była moja pierwsza (albo jedna z pierwszych, już niestety nie pamiętam dokładnie) książka kupiona z własnego kieszonkowego :) Byłem jeszcze dzieciakiem, a jako rzeczony dzieciak strasznie lubiłem podpatrywać co też oglądają w telewizji rodzice - więc i na "Star Trek" zdarzało mi się chyłkiem rzucić okiem. Kiedy tylko zobaczyłem tę okładkę - od razu chciałem mieć książkę :)

Dla dwunastolatka lektura była po prostu zachwycająca :) Do dzisiaj w sumie dużo z tego zostało. Jakoś tak cztery czy pięć lat temu znów czytałem "Dziennik pokładowy Nr 1" i ma on ciągle w sobie to "coś". To oczywiście nie to samo co film czy serial, ale w dalszym ciągu czuć ten klimat międzygalaktycznych podróży, setek światów i przygód przeżytych na odległych od siebie o niewyobrażalne ilości parseków planetach. Bohaterowie też ciągle ci sami i świetnie znani :) Któż bowiem obeznany w temacie nie pamięta Kapitana Kirka, Spocka, czy Doktora Łamignata?:)

Trzy zawarte w "Dzienniku..." historie również trzymają poziom znany z dużego i małego ekranu. Mi osobiście najbardziej podobała się pierwsza historia o gigantycznym statku kosmicznym sprzed wieków uwięzionym na orbicie jednej z planet, ale pozostałe historie też są fajne. Nie pozostaje mi nic innego, jak po prostu je polecić :)  

.....................................................................................................

Opis wydawcy:

Trzy pasjonujące epizody z najpopularniejszego telewizyjnego serialu science fiction.
Poza granicami galaktyki . Okręt Enterprise zmierza w kierunku tajemniczego sygnału radiowego i zostaje nagle uwięziony na orbicie wokół martwej gwiazdy. Dostaje się pod panowanie potężnej, obcej siły, która może zniszczyć wszystko, co żywe na jego pokładzie!
Powtórka z przeszłości. Spock cofa się w czasie, aby zapobiec zdarzeniom mającym nadejść w przyszłości...
Pożeracz planet. Do granic Galaktyki zbliża się olbrzymia kosmiczna chmura. Enterprise zostaje wysłany do jej zbadania. Zanim jednak załoga może cokolwiek zrobić, chmura pożera planetę Alondra... po czym kieruje się w stronę Mantillesa - globu zamieszkałego przez 82 miliony ludzi!

#startrek #alandeanfoster #dziennikpokładowynr1







wtorek, 4 lutego 2020

O krok za daleko - Harlan Coben


Tytuł: O krok za daleko (tytuł oryginału: Run Away)
Autor: Harlan Coben
Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 15.01.2020r.
Liczba stron: 448



Coben w formie (?).

Na wstępie szczerze się przyznam – nigdy jakoś nie zaczytywałem się szczególnie w Harlanie Cobenie… Owszem, zdarzyło mi się przeczytać to i owo (w pamięć zapadły mi zwłaszcza „Nie mów nikomu”, „W głębi lasu”, „Zostań przy mnie”), jednak jakimś mega fanem Cobena nigdy nie byłem (nie bijcie ;) ). Czy po lekturze „O krok za daleko” ten stan rzeczy w moim przypadku się zmieni?...

… Chyba raczej nie ;) Pomieszanie thrillera z kryminałem to połączenie bardzo fajne i nie przeczę, że je lubię, jednak to w dalszym ciągu nie jest coś, co postawię w swoim prywatnym rankingu gatunków literackich na jakimś piedestale. Sięgnę chętnie, to prawda, ale bardziej jako odskocznię od innych lektur. Dlaczego „O krok za daleko” nie zmieni mojego zdania w tej materii?

Książka jest, przynajmniej jeśli chodzi o mój stan wiedzy na temat twórczości tego autora, „typowo cobenowska”: dostajemy na początek społeczno-rodzinny problem, z różnych względów trudną i skomplikowaną sytuację w punkcie wyjścia, autor natomiast nieustannie podsyca atmosferę tajemnicami; główni bohaterowie próbują działać, przez co sytuacja w nieuchronny sposób się komplikuje, a Coben jak na złość dokłada kilka niespodziewanych zwrotów akcji mających na celu zmylenie czytelnika. Na końcu z kolei okazuje się, że w całej historii niebagatelną rolę odgrywa mroczny sekret z przeszłości. Ot, cały Coben. 

W niniejszej powieści jest w zasadzie dokładnie tak, jak to wyżej opisałem. Storyline zawiera w sobie historię rodziców, których ukochana córka schodzi na złą drogę i ucieka z domu. Zrozpaczony ojciec postanawia poświęcić wszystko żeby ją odnaleźć. Udaje mu się to, ale prawie nie poznaje własnego dziecka, które woli narkotyki i swojego chłopaka od własnego ojca. Tatuś jednak nie odpuszcza. Sytuację komplikuje fakt, że chłopak dziewczyny umiera, a ona sama po raz kolejny znika… Kto zabił? Czyżby ukochana córeczka tatusia? Co jeszcze wyjdzie w tej historii na jaw, jakie mroczne tajemnice z przeszłości?

Lektura może być zajmująca – ba!, także ciekawa – jednak, pomimo fabularnych twistów, może być w pewnym stopniu przewidywalna. Jak bardzo przewidywalna, to już zależy od stopnia waszej znajomości tego rodzaju literatury ;) Jak dla mnie wszystko jest pod tym kątem poprawnie, chwilami ciekawie, nie brakuje dreszczyku emocji, jednak Coben tą książką żadnej Ameryki nie odkrywa… Mało tego – mając w pamięci inne książki tego autora (chyba jednak dużo lepsze niż właśnie omawiana) i wiedząc jak bardzo jest on popularny mogę iść o zakład, że wierni fani Harlana Cobena będą trochę buczeć… No cóż – autor ustawił sobie poprzeczkę swoimi największymi książkowymi hitami bardzo wysoko.

Powyższe wytykanie minusów nie oznacza jednak, że książka ta jest zła. Bynajmniej ;) Nie jest po prostu odkrywcza i może być dla wytrawnego czytelnika przewidywalna. Lecz na przykład na początek przygody z Harlanem Cobenem… czemu nie? To może być dobry wybór jeśli chcecie zacząć czytanie jego książek, „O krok za daleko” nie jest bowiem wcale złe, a epizodycznemu czy średnio zaawansowanemu (pod kątem liczby przeczytanych pozycji) czytelnikowi thrillerów ta książka zdecydowanie może się spodobać.

A poza tym… czy można pisać tylko i wyłącznie tchnące powiewem świeżości, innowacyjne bestsellery? Każdy pisarz ma książki lepsze i gorsze, zapadające w pamięć i zapominane tuż po ich przeczytaniu. „O krok za daleko” nie odkrywa Ameryki, ale też warto dać tej pozycji szansę i ją przeczytać – a nuż się Wam spodoba :)

Dziękuję Wydawnictwu Albatros za egzemplarz recenzencki.

#okrokzadaleko #harlancoben #albatros






Ukryte ciała - Caroline Kepnes


Tytuł: Ukryte ciała (tytuł oryginału: Hidden bodies)
Autor: Caroline Kepnes
Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 15.01.2020r.
Liczba stron: 448



Joe Goldberg powraca!

Przed nami kontynuacja książkowego (i serialowego!; wszak to Netflix mieszał w tym wszystkim palce) hitu autorstwa Caroline Kepnes - „Ty”. „Ukryte ciała” są kontynuacją, a te mają to do siebie, że wypadają… różnie. Czy Kepnes stanęła na wysokości zadania i zmierzyła się z poprzeczką, którą sama sobie zawiesiła (wysoko)?

Zmuszony do krótkiej i rzeczowej odpowiedzi na powyższe pytanie odpowiem: TAK! Joe Goldberg to wciąż fascynujący kobiety (oraz widza i czytelnika!) psychopata, którego analiza psychologiczna mogłaby być znakomitym przyczynkiem do dyskusji o naturze szaleństwa oraz o specyfice zachowań socjopatycznych. To już o tym panu wiemy ;) Jednak w „Ukrytych ciałach” pokazano poniekąd także drugą twarz Joe’go, a twarz ta… jest niepokojąco NORMALNA.

Rozbudowa centralnej postaci tej opowieści była w sumie nieunikniona. Ileż można bowiem „jechać” na ukazywaniu coraz to nowych „dokonań” psychopaty i na analizie mrocznej strony jego osobowości? No właśnie. Z tego też względu Kepnes próbuje tym razem ukazać Goldberga także przez pryzmat – co może brzmieć groteskowo – jego człowieczeństwa (!) i przynależnemu każdej ludzkiej istocie pragnieniu bycia… kochanym oraz szczęśliwym. Z tej perspektywy patrząc Joe po prostu szuka miłości – tylko i aż… A że metody ma dziwne… No cóż. To jednak nie wszystko, w miarę czytania okazuje się bowiem, że Goldberg ma także inne ludzkie uczucia, jak choćby wyrzuty sumienia i czysto ludzki strach. Kolejne strony ujawniają, że Goldberg zostawił za sobą cztery pogrzebane trupy… Czy policja jest już na jego tropie? Czy przeprowadzka do odległego od miejsc mordów Los Angeles zapewni mu konieczną anonimowość i bezpieczeństwo (oraz bezkarność)? I wreszcie, czy wobec faktu poznania Amy (w której Joe zdaje się dostrzegać to, czego jego serce tak długo szuka) uda mu się utrzymać swoją przeszłość pogrzebaną na dnie niepamięci? Czy też może Amy o wszystkim się dowie, nie dając tym samym Joe’mu wyboru co do tego jak ma postąpić i co (z nią) zrobić…?

To wszystko brzmi szalenie interesująco i mogę zapewnić, że książka nie zawodzi pokładanych w niej nadziei. Caroline Kepnes utrzymała poziom części pierwszej, choć konieczna była w tej kontynuacji pewna korekta fabularnego kursu całej opowieści, która zmierza cały czas od ukazania umysłu psychopaty i mechanizmów rodzenia się patologii do narracji z poziomu „psychopaty z ludzką twarzą”. Z pozoru brzmi to o wiele mniej groźnie, jednak to tylko pozory – psychopaci o dużej ilości cech normalnego człowieka potrafią być jeszcze bardziej przerażający (!).

Nie mam co do tego pewności, ale sądzę, że autorka MUSIAŁA w jakiejś mierze (zakładam, że w dużej) wzorować swojego bohatera na Tedzie Bundym. Skojarzenie jest tak oczywiste, że pomyłki moim skromnym zdaniem być tutaj nie może. Różnica wszakże pomiędzy Bundym a Goldbergiem jest jedna: ten pierwszy skończył w celi śmierci, drugi zaś, przynajmniej na początku tomu numer dwa, swobodnie spaceruje sobie po ulicach Los Angeles… Czy ten stan rzeczy utrzyma się po przeczytaniu ostatniej strony? Sprawdźcie ;)

Polecam!


Książka zrecenzowana dzięki uprzejmości Księgarni taniaksiazka.pl


Więcej o książce:

#ukryteciała #taniaksiążka #carolinekepnes #joegoldberg #netflix






poniedziałek, 3 lutego 2020

DOTARŁA!!! - PREMIERA 12.02.2020!!!

FABRYKA SŁÓW - UWIELBIAM WAS!!! :) :) :)
PREMIERA JUŻ 12.20.2020!!!

[recenzja oczywiście niebawem na blogu ;)]]

Więcej o książce:

#wojnamakowa #reneccakuang #fabrykasłów





Uważne współczucie - Choden, Paul R. Gilbert


Tytuł: Uważne współczucie (tytuł oryginału: Mindful Compassion: Using the Power of Mindfulness and Compassion to Transform our Lives)
Autor: Choden, Paul R. Gilbert
Data wydania: 20.11.2019r.
Liczba stron: 376



Doświadczanie życia.

Psychologiczna lektura z rodzaju tych, których czytanie jest naprawdę zajmujące. A przy okazji obalające mity i stereotypy. Przed nami „Uważne współczucie” – książka poświęcona nauce tego, jak w pełni i w dużo bogatszy sposób nauczyć się przeżywać emocje swoje, cudze, a także jak przechodzić przez każdy dzień z większą świadomością zarówno samego dnia, jak również pełni możliwości które on ze sobą przynosi.

Na początek małe wyjaśnienie. Uważność w rozumieniu opisanym w niniejszej książce nie oznacza bynajmniej uważnego patrzenia pod nogi ;) Chodzi o sferę emocjonalnego „czytania” siebie i innych, które ma prowadzić do lepszego zrozumienia – wspomnianego siebie, innych, całego otaczającego nas świata. Takie podejście z miejsca przekreśla machanie ręką na życie i ludzkie sprawy i poniekąd zmusza nas do poświęcania otoczeniu uwagi. Interesujące… A po namyśle również szalenie ważne, tak rozumiana bowiem uważność wyklucza bezrefleksyjne kroczenie przez życie – czegoś takiego nikt z nas raczej ani nie chce, ani sobie (i innym) nie życzy.

Wyjaśnienie numer dwa dotyczy tytułowego współczucia. Tutaj na wstępie rozprawimy się z tym, co może owo współczucie oznaczać. Otóż oznacza ono NIE poddańcze dowody słabości - czy objawy litości - ale de facto pracę nad własną empatią. Empatia prowadzi do dobra, a także do jeszcze lepszego zrozumienia ludzi i świata. Nikt nie każe nam stać się płaczącą nad każdym przejawem zła oraz niesprawiedliwości istotą, aczkolwiek duża dawka empatii niejednemu by się z nas pewnie przydała – mowa rzecz jasna o empatii w pozytywnym rozumieniu tego słowa, które poniekąd z założenia i z definicji ma być przeciwieństwem życiowej znieczulicy. 

To wszystko to tylko słowa mające na celu nieudolne przetłumaczenie sensu niniejszej lektury ;) Jeśli zbytnio temat spłaszczyłem – wybaczcie. Chodziło mi tylko o to, ażeby wyłuszczyć co nieco treść oraz sens tej książki laikowi, który także może zechcieć po nią sięgnąć. A sięgnąć warto, takie lektury jak ta uczą bowiem lepszego zrozumienia świata. Lepszego jego doświadczania, które może pomóc nam także z jednostkowego, indywidualnego punktu widzenia. W jaki sposób? Otóż w taki, że dzięki tytułowej uważności oraz współczuciu stajemy się wewnętrznie bogatsi. Ktoś może zanegować sens takiego wewnętrznego bogactwa i wskazać, że w życiu są inne priorytety – dużo ważniejsze od jakiegoś tam „wewnętrznego bogactwa”. Niby tak… Ale to w dużej mierze tylko pozory. Czasem trzeba zagłębić się w świat własnych emocji – co więc jeżeli odkryjemy wewnątrz samych siebie… pustkę? Może warto samego siebie pod tym kątem nie zaniedbywać. Rzecz do indywidualnego przemyślenia.

Z kwestii techniczno-redaktorskich na kolejnych stronach na uwagę zasługuje z całą pewnością prosty język przekazu całej książki. Niektóre omówione tutaj kwestie nie są łatwe – ani w odbiorze, ani w zrozumieniu – a jednak wyłożono je językiem na tyle prostym i przystępnym, na ile było to możliwe. Fachowość samych wywodów z kolei nie pozostawia zaś nawet dla laika wątpliwości, iż jest to opracowanie rzeczywiście profesjonalne i merytoryczne. Krótko mówiąc: zawodu bynajmniej na tym polu nie będzie.

Jak dla mnie lektura mądra, wartościowa i z całą pewnością godna polecenia. Czas poświęcony na tę książkę z całą pewnością nie będzie czasem straconym. Wręcz przeciwnie.

Polecam.

Dziękuję Gdańskiemu Wydawnictwu Psychologicznemu za egzemplarz recenzencki.

#uważnewspólczucie #terapiacft #gwp #gdańskiewydawnictwopsychiologiczne #paulgilbert #choden






Toksyczni rodzice. Jak się uwolnić od bolesnej spuścizny i rozpocząć nowe życie - Susan Forward, Craig Buck


Tytuł: Toksyczni rodzice. Jak się uwolnić od bolesnej spuścizny i rozpocząć nowe życie
Autor: Susan Forward, Craig Buck
Wydawnictwo: Czarna Owca
Data wydania: 13.11.2019r.
Liczba stron: 360



Traumy z dzieciństwa.

Każde dziecko powinno zaznać w życiu miłości, poczucia bezpieczeństwa oraz wsparcia ze strony najbliższych - w tym w szczególności ze strony rodziców. To fakt niezaprzeczalny. Nie zawsze jednak się tak dzieje. Dla części dzieci dzieciństwo jest festiwalem emocjonalnych traum, ringiem walki pomiędzy rodzicami, a wszystkie te zachwiania z najmłodszych lat przekładają się na dorosłe życie sprawiając, że nie jest ono bynajmniej usłane różami… Bywa wręcz szalenie trudne. Jak zdiagnozować przypadki toksycznego wpływu ze strony rodziców? Jak sobie z nim radzić w dorosłych latach życia? Odpowiedzi na te (i inne) pytania usiłuje wskazać niniejsza książka.

Niezależnie od tego, co przeczytacie w niniejszej recenzji - czy docelowo w książce - trzeba powiedzieć jedno: każdy dysfunkcyjny wpływ rodziców na własne dziecko jest rodzajem przemocy. I to o jednakowej sile rażenia w przypadku przemocy czysto fizycznej, jak psychicznej. PRZEMOC TO PRZEMOC, a jak wiadomo ta psychiczna bywa bagatelizowana, niedoceniana jeśli chodzi o jej toksyczny wpływ na drugiego człowieka. Niniejsza książka pokazuje, że żadnej z odmian przemocy nie wolno bagatelizować.

Jak to zwykle bywa z tego rodzaju lekturami – nie jest to lektura łatwa. Kolejne treści są w stanie przerazić, przygnębić… Opisy przeżyć dorosłych dziś ludzi z czasów dzieciństwa są naprawdę smutne. Żal się robi tych osób nawet pomimo faktu, że żadnej z nich nie znamy. Na szczęście jednak są i nuty pozytywne, jak przykłady „wyjścia na prostą”, przykłady przepracowania własnych traum z pomocą specjalistów, czy też przykłady skrzywdzonych dzieci, które jako dorośli odnalazły w życiu równowagę i nauczyły się normalnie żyć. Można zatem powiedzieć, że przykre i smutne fragmenty książki są nieodzowne po to, ażeby móc dotrzeć do tych pozytywnych i tchnących nadzieją. 

Nie chciałbym się powtarzać, ale na podkreślenie zasługuje w niniejszej pozycji przede wszystkim to, co stanowi o zdefiniowaniu przemocy wobec dzieci. To bardzo ważne, wielu z nas bowiem nie dostrzega problemu, a nieraz można go naprawić jeszcze zanim wyrządzi się trudne do naprawienia szkody. Istotne jest tutaj moim skromnym zdaniem przede wszystkim zauważenie, że przemoc może rodzić się względnie niewinnie i może stać się nią nawet to, co początkowo czynione jest w dobrej wierze. Co mam na myśli? Na przykład nakłanianie dziecka do większej i bardziej intensywnej pracy (np. w szkole), czy z pozoru niewinne żarty jakie rodzice robią sobie z dziecka; jedno i drugie może z biegiem czasu (powtarzane) sprawić, że nasze dziecko zostanie pozbawione pewności siebie i poczucia własnej wartości. Narodzi się w nim poczucie winy – najgorszy zabójca dziecięcego poczucia bezpieczeństwa, które rodzice są dziecku po prostu winni.

Książka opisuje także – co poniekąd oczywiste – również wszelakie patologie obecne w życiu rodzinnym, których ostrze skierowane jest w stronę dzieci. Przemoc fizyczna, wyzwiska, szydzenie, zmuszanie do zajmowania dorosłych stanowisk – na przykład w trackie rozstania rodziców, kiedy jedno rywalizuje z drugim o uwagę dziecka, czyniąc zeń swojego „pseudo-powiernika”, przed którym zrzuca się cały emocjonalny balast własnych, dorosłych problemów… To wszystko także jest przemocą. Przesłanie książki w tej materii jest oczywiste: dzieci należy przed nią chronić.

Najcenniejsze w książce są fragmenty poświęcone wychodzeniu przez dorosłych z dziecięcych kryzysów, które są w stanie przytłaczać człowieka przez szereg długich lat. To są naprawdę budujące przykłady dające świadectwu tego, że nawet z największego psychiczno-emocjonalnego dołka da się wyjść i zacząć wreszcie żyć bez bagażu przeszłości. To jest naprawdę możliwe – warto przeczytać o tym, w jaki sposób.

Książka jak najbardziej do polecenia. Nawet w prewencyjnym charakterze – warto jest bowiem poznać także te złe scenariusze, które rozwijają się na bazie z pozoru nieszkodliwych zwyczajów czy zachowań. Dzięki takim książkom można uniknąć bardzo wielu negatywów w życiu tych, których sami powołaliśmy na ten świat.

Polecam.

Dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca za egzemplarz recenzencki.

#toksycznirodzice #susanforward #craigbuck #czarnaowca #dzieciństwo #trauma