Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Refleksje/artykuły/przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Refleksje/artykuły/przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 marca 2024

Światowy Dzień Czytania Tolkiena!


Jak co roku 25 marca obchodzimy Światowy Dzień Czytania Tolkiena!

Fajnie byłoby w tym dniu pamiętać, że autor "Hobbita" i "Władcy Pierścieni" może nas zabrać nie tylko do Śródziemia, ale także - za sprawą opracowań swego syna Christophera - w inne, równie ciekawe rejony. Głównie mitologiczne. W ten sposób możemy poznać na nowo przezeń opracowane, a następnie zebrane i wydane przez Christophera Tolkiena legendy nordyckie, starofińskie, a także staroangielskie.

Skąd u Tolkiena takie kierunki zainteresowań? Żeby to zrozumieć trzeba cofnąć się nieco w głąb jego biografii, a konkretnie do czasów profesury Tolkiena oraz jego zainteresowania szeroko pojętą mitologią, w tym przede wszystkim jego odwiecznym ubolewaniem nad tym, iż jego ojczysta, angielska mitologia w zasadzie nie istnieje (a jeśli nawet, to w formie szczątkowej, nieporównywalnie uboższej w stosunku do choćby mitologii greckiej, rzymskiej, czy nordyckiej). Na tej płaszczyźnie zrodziła się w umyśle Tolkiena chęć nadrobienia braków rodzimej mitologii, którą postanowił opracować poniekąd od podstaw, czego skutkiem powstało tak dobrze nam znane Śródziemie :)

Przed jego stworzeniem Tolkien usilnie poszukiwał inspiracji. Jego przekonanie o pokrewieństwie kulturowym ludów Brytanii i Skandynawii doprowadziło go do studiów nad starofińską "Kalevalą", a także nad skandynawskimi podaniami i legendami. Efektem są autorskie opracowania wspomnianej "Kalevali", a także takich legend jak "Beowulf" oraz - to chyba jedna z niewielu historii o rodowodzie wprost z Brytanii po którą sięgnął - "Upadek Króla Artura".

Czy warto po wspomniane tytuły sięgnąć? Jak najbardziej! Echa opracowanych na nowo przez Tolkiena mitów są ciągle żywe w historiach ze Śródziemia. Podobieństwa są na tym polu szczególnie widoczne w wątkach z "Dzieci Hurina", czy z "Upadku Gondolinu". Wniosek? Po mitologiczne prace J.R.R. Tolkiena zdecydowanie warto sięgnąć - zwłaszcza w Światowym Dniu Czytania Tolkiena!












piątek, 26 czerwca 2020

Czytanie bajek w wakacje? Oczywiście, że tak! :)


Wakacje!


Lato to szczególny czas – zwłaszcza dla dzieci, które kojarzą tę porę roku z wakacjami :) Z przyczyn w związku z tym raczej oczywistych jest to dla najmłodszych ulubiony czas w roku ;) Słońce, ładna pogoda, odpoczynek od szkoły lub od przedszkola, wyjazd nad morze, w góry (lub w inne ciekawe miejsce), czas na robienie tego co się chce – z tym właśnie kojarzą się nam wakacyjne miesiące. Czy jednak nadejście lata oznacza, że nie ma w nim miejsca np. na książki? Bo kojarzą się ze szkolną lub przedszkolną ławką? Bynajmniej :) W lecie jak najbardziej można, a nawet trzeba czytać! ;) – i to zwłaszcza jeśli jest się ciekawym co słychać u naszych ulubionych bohaterów.


W dobie istnego zalania rynku wszelką możliwą literaturą dla dzieci czytanie bajek i książeczek dla najmłodszych już dawno przestało być czymś nudnym – wręcz przeciwnie :) Niemal każda szanująca się i posiadająca wiernych widzów bajka lub kreskówka udostępnia franczyzy na treści z nią związane, czego efektem jest m.in. sukcesywne ukazywanie się kolejnych książek z danych serii. W niniejszym wpisie zaproponuję Wam kilka z nich :)

Jako że nigdy nie zamykałem się na żadną serię wydawniczą, ani na treści skierowane do dzieci różnej płci i w różnym wieku, stąd poniżej letnia propozycja dla tych całkiem najmłodszych, a także osobno dla chłopców i dla dziewczynek. A na dokładkę – jako że trzy poprzednie propozycje to franczyzy zagranicznych serii – coś z rodzimego, polskiego podwórka wydawniczego ;)

Dla najmłodszych którzy dopiero poznają świat (a przy tym szczegółowo go badają w każdy możliwy sposób) bardzo fajnym pomysłem jest cała seria „Akademia mądrego dziecka”, a w niej podseria „Moje pierwsze bajeczki”. Dlaczego jest to taki fajny pomysł? Otóż z tego prostego powodu, że książeczki takie jak „Dzieńdobry, samochodziku” to kilka korzyści naraz: krótka bajka, szczegółowe, duże i kolorowe ilustracje pomagające poznać dziecku otaczający je świat, a także ruchome elementy, dzięki którym może ono poznać sposób działania różnych urządzeń – w tym przypadku samochodu – oraz dzięki którym będzie mieć okazję do poćwiczenia sprawności paluszków i dłoni. Rozwój grafomotoryki jest u najmłodszych bardzo ważny, nie trzeba więc chyba okazji ku temu dodatkowo rekomendować ;)


Spośród książek dla chłopców na lato poleciłbym coś… stricte chłopięcego ;) Coś, co miałoby szansę skutecznie odciągnąć chłopaków od ciągłego biegania, skakania i grania ;) Żeby spełnić to kryterium (a przy tym na śmierć chłopaków nie zanudzać bardzo długimi opowieściami) polecam książki w stylu „Tomek iPrzyjaciele. Bajki 5 minut przed snem”. Wybór tego rodzaju pozycji jest świetnym pomysłem, bo raz że chłopcy mogą przeczytać o nowych przygodach ulubionej ciuchci, a dwa – to są naprawdę krótkie bajki, w sam raz na paręnaście minut po południu lub wieczorem; nie ma więc szans, żeby ktoś się tą lekturą znudził.

Dla dziewczynek fajnym wyborem do czytania w wakacyjne popołudnia i wieczory może być „Masza i Niedźwiedź. Najpiękniejsze opowieści”. To także wybór krótkich bajek, pięknie na dodatek ilustrowanych, które będą fajną okazją do poznania nowych przygód znanej wszystkim łobuziary. Ta akurat bajka ma jeszcze ten plus, że sama w sobie jest właśnie taka bardzo… letnia :) I wakacyjna :) Jeśli będziecie w najbliższym czasie oglądać jakiś odcinek lub czytać jakąś historyjkę z Maszą w roli głównej – zwróćcie na to uwagę. Masza i Niedźwiedź jak ulał pasują i do lata i do wakacji :)


Na koniec coś z rodzimego podwórka. Na tym polu być może nie będę oryginalny, ale z całego serca polecam Wam serię „Basia” autorstwa Zofii Staneckiej i Marianny Oklejak. Mała Basia już od lat bawi, uczy się razem z nami zasad, wartości, właściwego zachowania i swojej roli w ramach rodziny w której żyje. To nieodmiennie pełne humoru i ciepła opowieści, które zachwyciły mnie już dawno temu. Na półkach w księgarniach znajdziecie ich multum, ja jednak – skoro już od początku przy lecie i przy wakacjach jesteśmy – polecam Wam „Basię i biwak”. Myślę, że taka tematyka książki będzie idealna na wakacyjny czas ;)


Mam nadzieję, że choć trochę zachęciłem Was i przekonałem do czytania przez wakacje :) To naprawdę nie będzie czas stracony – wręcz przeciwnie ;) Spróbujcie, a sami się przekonacie :)

UWAGA!!!
W dniach 26.06.2020 – 05.07.2020 HarperCollins Polska na hasło WAKACJE2020 udziela na całą ofertę książek dostępnych w Egmont.pl rabatu w wysokości 35%!!! Szczegóły tutaj:








wtorek, 23 października 2018

"PISANIE MNIE URATOWAŁO" - WYWIAD Z ANKĄ MRÓWCZYŃSKĄ :) :) :)


Z OKAZJI PREMIERY DRUKIEM "BORDERLINE: AUTOTERAPII, CZYLI O SPRAWACH POWAŻNYCH Z SOLIDNĄ DAWKĄ AUTOIRONII" COŚ NA PÓŁCE MIAŁO WIELKĄ PRZYJEMNOŚĆ PRZEPROWADZIĆ MAŁY WYWIAD Z AUTOREM - ANKĄ MRÓWCZYŃSKĄ :) :) :) 





PISANIE MNIE URATOWAŁO


Coś Na Półce: Jak się czujesz tuż po premierze "Autoterapii" drukiem? :) Dużo emocji? :)

Anka Mrówczyńska: O, tak! Emocji jest co niemiara. Przede wszystkim dlatego, że spełniłam swoje największe marzenie - wydanie książki na papierze. Zdradzę Ci, że jeden egzemplarz leży na kanapie i zerkam na niego co chwilę, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, że po tylu latach doczekałam się papieru.


CNP: To duża różnica?, być autorem książek w wersjach, jak dotąd, elektronicznych, a teraz - w wersji tradycyjnej?

AM: Tak, dla mnie jest to wielka różnica. Przede wszystkim dlatego, że sama wolę książki papierowe od e-booków. Nie ma to jednak, jak wziąć do ręki książkę. Pod palcami czuć jej papierowe ciało, przewracać kartki, móc powąchać. Poza tym udział e-booków w rynku wydawniczym to, z tego co czytałam, niecałe 10%. Także książka tradycyjna trafia do większej liczby potencjalnych Czytelników.


CNP: Czytelnicy się strasznie cieszą, że "Autoterapia" ukazała się w formie papierowej (znam takich, którzy jak dotąd drukowali i bindowali sobie e-booki ;) ). Widzisz jakąś różnicę w odzewie i w odbiorze przez Czytelników po ukazaniu się książki po raz drugi, tym razem drukiem?

AM: Przede wszystkim różnica jest w sprzedaży. Zdecydowana większość osób woli książki papierowe. Ja również zaliczam się do tej grupy. Od premiery papierowej "Autoterapii" dostaję o wiele więcej wiadomości od Czytelników. Chcą albo pogratulować wydania, albo podziękować za tę książkę. Nie ukrywam, że to bardzo miłe. Poza tym takie informacje zwrotne potwierdzają, że to, co robię, ma jakiś sens.


CNP: Właśnie, skoro już przy tym jesteśmy :) - co Ci przyświeca kiedy piszesz, kiedy wydajesz kolejne książki? To taka forma - jak choćby tytuł książki, z racji której rozmawiamy, wskazuje - autoterapii, czy coś więcej? Robisz to głównie dla siebie, czy też z myślą o innych?

AM: Piszę głównie dlatego, że nie wyobrażam sobie życia bez tworzenia. To sens mojego życia. Jak to powiedział mój terapeuta, gdyby nie pisanie, być może już bym nie żyła. To prawda, pisanie mnie uratowało. Wyciągnęło z wielkiego bagna psychicznego. Dawało ukojenie, gdy było bardzo źle. Robię to oczywiście również z myślą o innych, bo nie piszę do szuflady. 


CNP: Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale naprawdę dużej liczbie osób pomagasz - tym co robisz, tym o czym piszesz. Nie wiem ile takich świadectw do Ciebie trafia, ale naprawdę pozwalasz pojąć innym, że nie są sami z problemem pt. "Borderline". Lepiej się dzięki Tobie czują. Co o tym myślisz? To dla Ciebie ważne, że pomagasz innym? Jakie to uczucie?

AM: Tak, to dla mnie bardzo ważne. Po premierze papierowej "Autoterapii" zaczęłam dostawać o wiele więcej wiadomości, w których Czytelnicy dziękują za nią. To jest szalenie miłe. Bardzo się cieszę, że moja własna autoterapia pomaga także innym. W trakcie terapii nauczyłam się, że skupianie się wyłącznie na sobie (z czym wciąż mam problem) jest źródłem cierpienia. Natomiast myślenie o innych przynosi dobre samopoczucie i satysfakcję. Świadomość, że moje książki pomagają innym sprawia, że jestem z siebie dumna.


CNP: To trudne?, pisać o sobie i o swoich stanach, emocjach, odczuciach?

AM: Nie. Piszę pod wpływem chwili. Kiedy emocje i/lub myśli kłębią się we mnie szukając ujścia. To bardzo dobra forma autoterapii. Poza tym jestem emocjonalną ekshibicjonistką. 


CNP: Miałem Cię właśnie spytać o szeroko pojęty proces twórczy ;) Masz jakiś stały rytm pisania?, np. codziennie "x stron/znaków", czy piszesz na pełnym spontanie, czyli po prostu kiedy masz wenę? :) I jak to jest z tą weną u Ciebie - sama przychodzi, czy w jakiś sposób ją u siebie "wyzwalasz"? :)

AM: Zdecydowanie wolę spontan. Kiedy najdzie mnie wena, siadam i piszę. Staram się to robić systematycznie, codziennie rano przed pracą, czasem też po pracy. Jednak nie zawsze się da. Wiesz, jak to jest... "Zdradliwa wena, raz jest, a raz jej nie ma" - cytując Kaliber44. Nie udało mi się jeszcze znaleźć sposobu na wyzwalanie weny. Kiedy jest - piszę. Kiedy jej nie ma - czytam.


CNP: Pniesz się w górę w rankingach popularności jako autorka :) , np. na liście bestsellerów Empika (nakład wymiotło momentalnie!) - jak to jest być sławnym autorem? :)

AM: Hehe, nie uważam się jeszcze za pisarkę. Za mało napisałam i w moim mniemaniu dopiero aspiruję do tego miana. Nie ukrywam jednak, że obserwowanie, jak Twoja książka jest coraz wyżej w rankingach sprzedaży, bardzo cieszy. To sprawia, że czuję się szczęśliwa i spełniona.


CNP: Mrówek, o którym tyle piszesz (pozdrawiamy z tego miejsca! :) ) był dla Ciebie pewnie dużym wsparciem? :) Kibicuje Ci? :)

AM: Mrówek trzyma się na uboczu, jeśli chodzi o moje pisanie i jest raczej neutralny. 


CNP: Która z książek przez Ciebie napisanych jest dla Ciebie najważniejsza?

AM: Każda jest dla mnie szalenie ważna. Jednak gdybym miała wybrać, to chyba "Psychiatryk". A to dlatego, że od tego dziennika zaczęła się moja przygoda z pisaniem prozy. Druga to "Uśpiona", dlatego, że to moja pierwsza książka beletrystyczna. Nie mogę się doczekać jej premiery oraz pierwszych recenzji!


CNP: A powiesz czytelnikom, która była najtrudniejsza do napisania? I dlaczego?

AM: Każda w pewnym sensie jest trudna do napisania. Przede wszystkim dlatego, że wciąż nie wierzę w swoje możliwości. Podczas pisania często nachodzą mnie myśli, że nie dam rady ukończyć książki. Jednak jakiś czas później okazuje się, że stawiam ostatnią kropkę i wtedy rozpiera mnie szczęście. Gdybym jednak miała wybrać, znów byłby to "Psychiatryk". Również z tego powodu, że była to moja pierwsza książka. Podczas jej tworzenia zupełnie nie wierzyłam w to, że ta pisanina ma jakiś sens. Jak się jednak okazało, jest ona ważna - takie otrzymuję wiadomości od Czytelników.


CNP: Tak a propos "Uśpionej", bo ten tytuł chwilkę temu się tutaj przewinął- niebawem premiera (26.11.2018), chciałabyś tę książkę jakoś zareklamować? ;) Powiedzieć o niej w tym miejscu kilka słów? :)

AM: "Uśpiona" to na dobrą sprawę moja pierwsza książka beletrystyczna. To mroczny i brutalny thriller psychologiczny, z wieloma zwrotami akcji oraz zaskakującym zakończeniem. Jestem z niej dumna i mam nadzieję, że przypadnie Czytelnikom do gustu. Choć nie jest to książka dla wszystkich. Na przykład moja mama boi się jej czytać, hehe.


CNP: Czy możemy na dzień dzisiejszy trzymać za Ciebie kciuki jeśli chodzi o Twoją terapię, sesje i o całość tego tematu? Wszystko na tym polu ok? :)

AM: Jak najbardziej! Mam to szczęście, że trafiłam na wspaniałego terapeutę, któremu bezgranicznie zaufałam. Jest świetnym specjalistą, bardzo profesjonalnym. Jestem w terapii u niego od trzech i pół roku. Jeszcze daleka droga przede mną, ale już widzę zdecydowane zmiany.


CNP: Świetnie :) , to bardzo cieszy! :) 
A tak dla odmiany, z innej beczki - niebawem Targi Książki we Wrocławiu (01.12.2018), będziesz na nich i spotkasz się z Czytelnikami - czujesz już dreszczyk pozytywnych emocji? :)


AM: Nie tylko dreszczyk, ale duży dreszcz! Prawdę mówiąc, kłębią się we mnie najróżniejsze emocje. Z przewagą tych pozytywnych, rzecz jasna. Z jednej strony nie mogę się doczekać, kiedy w końcu poznam swoich Czytelników. Z drugiej jednak bardzo się boję. A to dlatego, że boję się ludzi. Postanowiłam jednak wziąć byka za rogi (którym jest lęk) i zjawić się na Targach. Mam tylko nadzieję, że ze stresu nie będą mi się tak trząść ręce, że nie będę mogła podpisywać książek, hehe.


CNP: Oby nie! Podejrzewam że wiele osób byłoby zawiedzionych, gdybyś nie była w stanie złożyć na książkach autografów :) A jakie masz kolejne plany wydawnicze? :)

AM: Jak już wspomniałeś, za miesiąc będzie premiera "Uśpionej", na co czekam z niecierpliwością. Czekam na decyzję Wydawnictwa, co do kolejnego thrillera psychologicznego - "Bestselleru". Jednak coś mi się wydaje, że przesadziłam w niej z brutalnością i trzeba będzie nad tą książką jeszcze dużo popracować, by nadawała się do publikacji. Oprócz tego zaczęłam pisać kolejną książkę - "Bohemę". No a w przyszłym roku prawdopodobnie zaczniemy z Wydawnictwem publikować cykl "Młody bóg z pętlą na szyi" na papierze.


CNP: Czyli, wydawniczo patrząc, same dobre wiadomości :) Super! 
Na koniec - chciałabyś z tego miejsca powiedzieć "coś extra" swoim Czytelnikom? :)


AM: Dziękuję wszystkim, którzy kupują i czytają moje książki. Dziękuję też za wszystkie wiadomości, które od Was dostaję. I serdecznie zapraszam 1 grudnia do Wrocławia, na Targi Dobrej Książki!


CNP: Dziękuję Ci bardzo za rozmowę :)





wtorek, 15 sierpnia 2017

Mroczna Wieża - czym innym książki, czym innym film


W miniony weekend każdy fan Stephena Kinga doczekał się tego, na co czekał latami - premiery kinowej "Mrocznej Wieży". Ok, nie każdy fan na to czekał ;) ... Wieżę można bowiem albo tylko kochać, albo tylko nienawidzić - a nie wszyscy ją kochają... Jednak to wielkie wydarzenie. Wieża to coś, co w zamyśle samego Kinga jest zwieńczeniem jego twórczości. Jego opus magnum. Choćby tylko dlatego sprawa zasługuje na to, żeby się nad nią pochylić.

Zacznijmy więc od książek :) ... Kocham ten cykl! To, co będę za chwilę pisał, na pewno nie będzie więc obiektywne - tak do końca. Trudno ;) ... "Mroczna Wieża" to coś, co jest lepsze nawet od "Władcy Pierścieni", a Tolkiena przez dłuuugie długie lata stawiałem na piedestale na miejscu nr 1. Ale kilka lat temu to się zmieniło - dokładnie w chwili, kiedy wziąłem do ręki "Rolanda" . Zakochałem się w tym cyklu z miejsca :) ... Dlaczego? Bo tam jest wszystko :) ... Inne światy, coś z samego "Władcy...", legendy arturiańskie, westernowy klimat (Roland to wypisz wymaluj Clint Eastwood z dawnych filmów Sergia Leone; sam King pisał kiedyś, że to był jego wzorzec), skakanie w czasie i przestrzeni rodem z filmowej trylogii "Powrót do przyszłości" (tam mieliśmy samochodowy wehikuł czasu - tutaj mamy drzwi między światami, kamienne kręgi i portale), multum nawiązań do współczesności ("Gwiezdne Wojny", Harry Potter")... i do innych książek Kinga :) (by tylko "Bastion" i moje ukochane "Miasteczko Salem" wymienić). I to jest coś, co powala na kolana. Wbija w fotel. Można Kingowi zarzucać, że pisał to wszystko bez ładu i składu, prawie że na kolanie, że wymyślał i dorabiał ideologię tego świata jak mu pasowało... ok. Ale całość jednakowoż wyszła :) ... I to nie byle jak według mnie. Wyszła bardzo dobrze :)

W skrócie - w centrum wszystkiego stoi Mroczna Wieża. Gdzieś na krańcu świata. I grozi jej wielkie niebezpieczeństwo. Jeśli runie... zginą wszystkie światy, a tych jest nieskończenie wiele. Ktoś to wszystko musi powstrzymać... tym kimś jest Roland - ostatni rewolwerowiec, stróż prawa i porządku, strażnik Wieży, przeklęty podróżnik w czasie i przestrzeni. Człowiek złamany po trosze przeszłością, która ciąży mu już od najmłodszych lat... (przeszłość Rolanda przedstawiono w "Czarnoksiężniku i krysztale", a częściowo również w "Wietrze przez dziurkę od klucza"). Od lat wędruje ku Wieży ścigając Człowieka w czerni. Nie może jednak wędrować i walczyć sam - po konfrontacji z Człowiekiem w czerni powołuje kolejnych towarzyszy swej wędrówki ("Powołanie trójki"). Wraz z nimi przemierza Świat Pośredni, uzupełniając ka-tet rewolwerowców o Jake'a, chłopca z naszego świata ("Ziemie jałowe"). Toczą wiele bitew ("Wilki z Calla"), przeskakują między światami ("Pieśń Susannah"), by w końcu... osiągnąć cel ("Mroczna Wieża"). Cel okupiony krwią... cierpieniem... tak, także łzami. Choć bowiem rewolwerowiec nie płacze, takie uczucia są mu bowiem z reguły obce, nie rozumie ich... to jednak płakać może za niego czytelnik. A jest nad czym... tym bardziej, że "ka"... jest kołem. A podróże w czasie i przestrzeni... sama Wieża i dotarcie do niej nie muszą oznaczać ich końca. Ten kto czytał cykl - wie o czym mówię...

Zdaję sobie sprawę, że powyższe podsumowanie 8 tomów (7,5?) jest obrazoburcze, okrojone straszliwie i nie powinno mieć racji bytu... Stąd linki do moich recenzji wszystkich tomów w akapicie powyżej. Wybaczcie te skróty... To wszystko co piszę ma dotyczyć i książek i filmu - przejdźmy zatem do tego ostatniego.

Film... wiem, budzi skrajne emocje. Czy jednak mógł zostać nakręcony inaczej? I to przy tym, uszczuplonym zresztą, budżecie? Czy dało się nakręcić coś, co było by zrozumiałe dla nie znających książek widzów, i to tak, żeby coś pojęli? Według mnie nie. Film bazuje głównie na tomach pierwszym, trzecim i siódmym. I to jest dobre rozwiązanie. Reżyser wziął z sagi to, co można było sklecić w jakąś logiczną całość i przedstawić jako dosyć czytelny obraz na ekranie. A przy tym, miejmy nadzieję, wstęp do innych, na chwilę obecną do zaplanowanych jeszcze dwóch, filmów (co zależy od wyników kasowych pierwszego, więc... lećcie do kina!). Ci, którzy liczyli na wierną adaptację pierwszego tomu... taaak, są zawiedzeni. Pamiętajmy jednak, że to jest przede wszystkim filmowa wariacja na temat alternatywnej podróży Rolanda! :) No i, jak już pisałem, musiało to wyglądać jako jakaś zrozumiała dla laika tematu całość... Czy gdybyście, znając cały cykl, poszli do kina na adaptację "Rolanda", to, powiedzcie sami, czy stawiając się na miejscu kogoś, kto Wieży nie zna... to czy cokolwiek byście zrozumieli? Albo inaczej - czy gdybyście za kilka lat poszli, po tej pierwszej ekranizacji, na filmową wersję tomu drugiego (potem trzeciego, czwartego, etc)- było by to dla Was, wciąż załóżmy nie czytających laików, zrozumiałe? Mając w pamięci wrażenia z wiernej adaptacji pierwszego tomu? Bardzo bardzo bardzo wątpię. A w zasadzie mówię wprost: nie. A zatem to musiało wyglądać na ekranie tak, jak wyglądało...

Roland, Jake, Człowiek w czerni - to główne tryby tej kinowej machiny. Matthew McConaughey tworzy show nie z tej ziemi! :) Warto było obsadzić go w tej roli! Jednak i jego, według mnie, przyćmił... Jake. Chłopak z castingu, a udźwignął cały film. To on jest tu główną postacią. I fajnie to wyszło. Dał chłopak radę. Roland... już dawno przebolałem, że gra go Idris Elba. Przekonałem się do tego aktora w tej roli w zasadzie po tym, jak sam King publicznie powiedział, że to jest ok. Skoro Mistrz to widzi - ok, dajmy temu szansę. Elba poza tym jest na ekranie naprawdę dobry. I oceniłbym tę postać wyżej, gdyby nie... odarcie jej z książkowego nimbu celu, niezłomności... filmowy Roland ma ewidentny stres pourazowy po wojnie i nie chodzi mu o Wieżę, lecz o zemstę (przy okazji - nie podobało mi się strasznie zastąpienie przyjaciół Rolanda pod Jericho Hill jego ojcem - to akurat ni w ząb mi nie pasuje...). I to jest słabe niestety... gdzieś ulotnił się trochę rolandowy duch... Idris nadrabia to całą resztą, ale... to nie było potrzebne.

Film technicznie jest ok - lecz ma braki. Ewidentnie przez cięcia budżetowe w ostatniej chwili. Jak bowiem inaczej wyjaśnić choćby to, że na rysunkach z wizji Jake'a Wieżę podtrzymują promienie, a w filmie, w dalszej części ekranowego show, ich nie ma? I Łamacze atakują nie promienie, lecz bezpośrednio Wieżę? Cięcia... one są ewidentne. Skopana jest też końcówka... i to akurat mówię obiektywnie... Po zastanowieniu... może i musiała taka być, żeby, po pierwsze, zostawić furtkę twórcom do kontynuowania historii w nowych filmach, a po drugie... żeby film był zamknięty jako jakaś całość, w razie gdyby kolejne filmy nie powstały (która to okoliczność, miejmy nadzieję, nie będzie mieć miejsca). Zastrzeżenia można by mieć też co do długości filmu. Około półtorej godziny... to może się wydawać mało. Ale z drugiej strony... tu ukłon w stronę moich początkowych refleksji o filmie... być może to też dobre wyjście, bo osnowę świata podano w pigułce, po skleceniu kilku części sagi w jedną całość, a dłuższy czas ekranowy... to mogłoby, w teorii, nużyć niezaznajomionego z tematem widza. Więc, ok - chciałbym dłuższego filmu, ale nie jest to zarzut dyskwalifikujący.

Szalenie mi się gęba rozszerzyła w uśmiechu przy mrugnięciach okiem z ekranu do fanów innych książek Kinga :) Autko rodem z "Christine", ruiny parku zabaw w Świecie Pośrednim nawiązujące do Pennywise'a i "To" :) ... Ooooch, to mi się szalenie podobało! :) Oby później było tego więcej. I oby... było jakieś "później". Planowany jest serial na bazie tomu czwartego - super. To chyba jest już nawet klepnięte. Martwiłbym się tylko o dalsze losy następnych kinowych filmów... Jeśli ludzie zmieszają to, co od kilku dni widzą na ekranie, z błotem... może być ciężko. Oby tak się nie stało... Dlatego zastanówcie się, zanim to, co zobaczycie / zobaczyliście, zmieszacie z rzeczonym błotem... I przemyślcie proszę, jeśli jesteście "na nie", to, o czym tutaj napisałem. Według mnie naprawdę nie dało się tego nakręcić inaczej... Zakładam, że czytaliście książki, a zatem wiecie - świetnie wiecie - jaki tygiel pełen chaosu zaserwował w książkach King... Ok, dla fanów to jest zrozumiałe. Ale dla przypadkowego widza nie... Kinowe ekranizacje... one są też dla tych, którzy książek nie znają. Tak działa współczesna machina komercji... I trzeba się z tym pogodzić.

Mam nadzieję, ze tych kilka słów przypadło Wam do gustu ;) Wpadajcie na bloga, jeśli macie ochotę. King - i Wieża ;) - zajmują tu od zawsze szczególne miejsce :)

Pozdrawiam!

sobota, 20 sierpnia 2016

Krążąc wokół Dana Browna - siła tajemnic przeszłości

Jedną z najbardziej popularnych postaci na światowym rynku literatury jest ktoś, kogo bliżej przedstawiać chyba nie trzeba - Dan Brown. Pisarz skądinąd wybitny, swego czasu niesamowicie kreatywny, innowacyjny, porywający tłumy... Dziś wiernie odtwarzający rzeczywistość autor, który wciąż, mimo upływu lat, karmi nas kolejnymi tajemnicami i zagadkami historii (tej znanej i nieznanej). Można powiedzieć, że jego fenomen trwa... Jednak czy będzie tak w nieskończoność?

Wszystko zaczęło się tak naprawdę od "Aniołów i demonów", jednak prawdziwą sławę przyniósł Brownowi dopiero kolejny tom cyklu o Robercie Langdonie - "Kod Leonarda da Vinci". Każdy chyba czytał tę książkę, przeważnie z wypiekami na twarzy, i to w każdym możliwym miejscu: w komunikacji miejskiej, w parku, do poduszki, podczas wykładu na uczelni;) W tajemnicach renesansu podważających fundamenty chrześcijaństwa Brown odkrył hit, który zapewnił mu sławę, bogactwo i rozpalił wyobraźnię czytelników na całym świecie. Film z Tomem Hanksem w roli głównej tylko pogłębił istniejący trend. Dan Brown stał się gwiazdą, a moda na tajemnice przeszłości zapanowała na dobre.

Kolejne książki Browna ugruntowały jego pozycję na rynku. "Zaginiony symbol" i "Inferno" to powieści świetne, wciągające, pełne akcji - po prostu porywające czytelnika. Jednak mam wrażenie, że nawet odgrzebywanie tematów w rodzaju rządzących światem zza kulis lóż masońskich, czy próby uczynienia z dzieł Dantego czegoś na wzór działających na wyobraźnię ukrytych przekazów z twórczości Leonarda da Vinci, z nadzieją, że zadziała to podobnie... już nie wypalą... To wciąż kawał świetnego materiału na książkę, ale Brown chyba stał się trochę więźniem konwencji, którą sam wymyślił... Mam wrażenie, że usiłuje on sam siebie prześcignąć, ale poprzeczka którą postawił sobie lata temu jest zawieszona zbyt wysoko - ta sztuka już się nie uda. I nawet piękne opisy Florencji nic tu nie zmienią...

Sprawy nie ułatwia fakt pojawienia się rzeszy literackich naśladowców, którzy rozmieniają (chcąc nie chcąc) dorobek Browna i istniejącą modę na drobne... Niektórzy naśladowcy wypadają co prawda dobrze (jak Irving Wallace w "Zaginionej ewangelii"), lecz twórcy pokroju Toma Knoxa i "dzieła" w stylu "Rytuału babilońskiego" zniechęcają publikę... Takie jest przynajmniej moje zdanie... Miło jest się podpinać pod czyjąś sławę i uszczknąć coś dla siebie, jednak poziom tego co się robi jest najważniejszy - a co, co obserwuję czasami (np. u Knoxa) przypomina jako żywo nieświadome zarzynanie kury znoszącej złote jaja...

Jak więc jeszcze długo utrzyma się moda na tajemnice i zagadki przeszłości? Myślę, że w dużej mierze zależy to od samego Browna. Jednak chyba nie stać go już dzisiaj na stworzenie powieści, która znów rzuci cały świat na kolana... Ta formuła powoli się wyczerpuje... Choć mogę się, oczywiście, mylić. Miejmy nadzieję, że jestem w błędzie - odkrywanie przeszłości jest bowiem czymś fascynującym, i chyba wszyscy życzylibyśmy sobie brać udział w tej przygodzie jeszcze przez długie lata.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Nastolatki ratują świat...

W ostatnich latach mamy do czynienia ze swoistym wysypem, przeważnie młodzieżowej, literatury postapokaliptycznej, w których świat po zagładzie pełen jest zła i niesprawiedliwości, a ludzie gną karki przed totalitarną władzą próbującą trzymać wszystko w ryzach... I trwało by to sobie w tym kształcie w najlepsze, gdyby na horyzoncie zdarzeń nie pojawiała się nagle jakaś światła, najczęściej niepełnoletnia, bohaterka, która bierze się w karby, zwalcza swe słabości i rusza ratować świat... Ten schemat jest w zasadzie ten sam w każdej z książek i cykli o których za chwilę wspomnę. Pomysł jest ogólnie fajny - niestety, gorzej rzecz się ma z jego wykonaniem...

Temat apokalipsy i tego co po niej od dawna ma swoje miejsce w literaturze. Osobiście za najlepszy tego typu przykład uważam "Bastion" Kinga, lecz jest to przykład sprzed wielu, wielu lat. Dziś chciałbym napisać o przykładach zdecydowanie nowszych. Najlepszym (i chyba najbardziej znanym) są "Igrzyska śmierci" Suzanne Collins. W dniu premiery było to naprawdę COŚ, taki prawdziwy powiew literackiej świeżości: świat po zagładzie, powszechne zło i niesprawiedliwość, moralne bestialstwo grupy rządzących i ONA - dziewczyna z zapomnianego dystryktu, która nieświadomie stała się kamykiem powodującym lawinę zdarzeń... "W pierścieniu ognia" kontynuuje tę historię, zamkniętą następnie w "Kosogłosie". I wszystko było by super, gdyby nie sposób, w jaki opowiedziano tę historię... Bo historia jest ŚWIETNA - stąd też złość bierze człowieka po tym, co z nią zrobiono...

Trylogia Collins to przede wszystkim coś dla młodzieży, jednak to nie tłumaczy autorki z tego, jak spłyciła temat... Można było z tych książek uczynić ważny, moralny głos w zadumie nad naszą obecną rzeczywistością, jednak rozterki nastolatki zaprzepaściły tę możliwość. Mam wiele szacunku dla literatury młodzieżowej, jednak w tym przypadku nie mogę przeboleć, co Collins zrobiła i co straciła... Ratowanie i naprawianie świata nie sprowadza się bowiem do dylematów w rodzaju "być z tym, czy z tamtym", lecz do czegoś większego i ważniejszego... Tutaj tego zabrakło.

Można by tę wpadkę przemilczeć, gdyby nie fakt, że na rynku pojawiają się co rusz naśladowcy schematu stworzonego przez Collins, a co gorsza, są to naśladowcy powielający błędy tej autorki. Wpadła mi w ręce jakiś czas temu kolejna trylogia pt. "Testy" autorstwa Joelle Charbonneau, i jest ona jednym z lepszych chyba przykładów na to, dokąd zmierza literacki postapokaliptyczny nurt z nastolatkami w rolach głównych... Zmierza on, niestety, donikąd... Chyba, że za kierunek rozwoju uznać można powielanie schematów, kopiowanie pomysłów i przedstawianie rzeczy ważnych w płytki, prozaiczny sposób... Trylogia "Testy" (na którą składają się "Testy", "Samodzielne studia" i "Egzamin dojrzałości") również mogła być bowiem czymś ciekawym i ważnym, a stała się swoistą kalką "Igrzysk śmierci"...

Mam nieodparte wrażenie, że autorzy książek z nurtu o którym wspominam mają świetny pomysł, dobre chęci i zamiary, jednak gdzieś po drodze gubią się w tym wszystkim, tracą swoją główną myśl przewodnią, posiłkują się pójściem w komercję i przez to efekt jest taki, jaki jest... Szkoda... Jest tyle wzorców, z których można by czerpać, tyle pomysłów, które mogą zaprowadzić obiecujące pomysły w dobrą stronę - niestety, nie skorzystano z nich. Nawet u uwielbianego przeze mnie Stephena Kinga (słynącego raczej z horrorów) można takie wzorce znaleźć: choćby w "Wielkim marszu", "Uciekinierze", czy w "Ostatnim bastionie Barta Dawesa". Nie są to może wzorce nieomylne, czy jedynie właściwe, jednak pokazują, że uderzające w ludzi zło tego świata można o wiele lepiej napiętnować, a przez to uczynić z książki dobrą lekcję poglądową, która zmusi czytelnika do zadumy i refleksji - a o to przecież powinno w tym wszystkim chodzić.

Podsumowując: trend na postapokalipsę i bohaterskie nastolatki trwa, utrzymuje się od kilku lat i ma się dobrze... niezależnie od poziomu kolejnych książek i ich autorów. Mam nadzieję, że ten poziom wskoczy na (o co najmniej) jeden pułap wyżej, lecz póki co na tapecie mamy tylko krążenie wokół ważnych kwestii, komercję, i jałowe rozważania o moralności w wydaniu na dobrą sprawę jeszcze dzieci, którym przyszło ratować świat... Może kiedyś doczekam się (a ze mną i Wy) czegoś lepszego w tym temacie.

wtorek, 16 sierpnia 2016

Kryminalne szaty Stephena Kinga - od "Colorado Kida" po "Koniec warty"

Stephen King przyzwyczaił nas przez lata do rzeczy, które stały się Jego znakiem firmowym: do grozy, do dreszczyku niepokoju, zjawisk paranormalnych, klaunów wyglądających z kanałów i oszalałych samochodów usiłujących rozjechać każdego na miazgę (żeby tylko przywołać tych kilka przykładów z brzegu). W ostatnich latach jednak pojawiło się u Niego coś nowego: ciągota do kryminału. Co też Kinga podkusiło do tego kierunku? I jak się to wszystko prezentuje w wykonaniu, było nie było, niekoronowanego Króla Horroru?

Pierwszy zauważalny flirt Kinga z kryminałem można śmiało powiązać z króciutką powieścią "Colorado Kid". Na 120 stronach książki z 2005 roku możemy poznać historię niewyjaśnionej śmierci pewnego dżentelmena snutą przez dwóch podstarzałych dziennikarzy. Była to proza bardzo krótka, ciężka w sumie do oceny, na 120 stronach brak bowiem miejsca na fabularny rozpęd. Jednak pierwszy kryminalny element (jako element wiodący w danej książce) się u Kinga pojawił...

Później mamy rok 2013 i "Joyland". Wesołe miasteczka też mają, jak się okazuje, swoje tajemnice, co też King dobitnie pokazał. Kryminalny wątek jest tu jednak mocno rozmyty przez obyczajową fabułę i zarażającą czytelnika nostalgię - do dziś nie wiem, jak autor to zrobił, ale przez całą książkę czułem autentyczną tęsknotę za zabawą w wesołym miasteczku... ;). W dalszym ciągu nie wiadomo więc było w pełni, jak King prowadzi kryminał "od a do z" i jak w tej konwencji wypada...

Nieco więcej dowiedzieliśmy się wraz z trylogią o Billu Hodgesie i jej pierwszym tomem pt. "Pan Mercedes". Powieść, w zamierzeniu Kinga kryminalno-detektywistyczna, wyszła dobrze, lecz... bez fajerwerków. Trochę to, bądźmy szczerzy, kulało. Akcja pędziła wprawdzie do przodu jak szalona (i to bez kingowych dygresji! - rzecz u tego autora niezwykła), bohaterowie budzili sympatię, strony same się przewracały, ale czegoś tu brakowało... mianowicie wprawy... Wszystko w fabule było nieco zbyt oczywiste, przejrzyste, łatwe do odgadnięcia... Nie tego spodziewamy się po rasowym kryminale.

"Znalezione nie kradzione" niewiele do omawianego tematu wniosło. Wciąż było zbyt przejrzyście i bez zaskoczenia - przy całym szacunku dla całokształtu i tego, że świetnie się tę książkę czytało. Coraz bardziej oczywiste stawało się, że kryminał to ne jest jednak bajka Stephena Kinga. "Koniec warty" potwierdza tę tezę: niczego nowego w kryminalnym temacie nie zobaczyliśmy (ani nie przeczytaliśmy), a zamiast tego King wrzucił do fabuły to, w czym jest najlepszy - elementy paranormalne. Zabieg mydlący oczy?, odwracający uwagę od niedoskonałości przyjętej konwencji? Być może...

Wniosek jest dosyć jasny: King próbował, starał się i coś tam wprawdzie pokazał, jednak do tuzów kryminału Mu daleko. I raczej do ich poziomu już nie dotrze... Jako autor eksperymentuje, bada nowe ścieżki, i chwała Mu za to, lecz widać, że wciąż najlepiej się czuje na starych śmieciach otulonych dreszczykiem grozy. Ale z drugiej strony nie można też twierdzić, że opisane eksperymenty niczego po sobie nie zostawiły - proza Kinga stała się szybka, łatwa i jeszcze bardziej przyjemna (zwłaszcza dla nowego czytelnika, nie oswojonego z pisarzem z Bangor), a ponadto odarto ją z licznych dygresji i nagminnego porzucania głównego wątku dla nieistotnych, pobocznych historii (większość, tak podejrzewam, uzna to za plus, mi jednak tych dygresji szalenie brakuje). Czy te efekty utrzymają się w książkach Kinga na długo? Tego nie wie nikt... Pokaże to tylko czas;).