poniedziałek, 31 grudnia 2018

"Bądź. Holistyczne ścieżki zdrowia" - Orina Krajewska


Tytuł: Bądź. Holistyczne ścieżki zdrowia
Autor: Orina Krajewska
Wydawnictwo: Sensus
Data wydania: 19.09.2018r.
Liczba stron: 240


Temat główny = zdrowie.

Seria rozmów autorki (Orina Krajewska to córka Małgorzaty Braunek) z lekarzami, profesorami i wszelkiej maści autorytetami w dziedzinach medycznych, ale nie tylko. Cel książki to próba pokazania i uświadomienia szeroko pojętej publice, że zdrowie to pewna suma składowych, których nie można traktować osobno, lecz właśnie holistycznie - jako pewną całość.

Orina Krajewska książkę zadedykowała Mamie. W trakcie lektury dedykacja ta staje się całkowicie zrozumiała. Choroba to zawsze wyzwanie, także dla bliskich. Próba napisania książki traktującej o zdrowiu w szerokim ujęciu i w wielu jego aspektach, przy uwzględnieniu zarówno potrzeb ducha jak i ciała to próba chwalebna, dobra... i udana. Przynajmniej w tym przypadku.

W aspektach dotyczących zdrowia i choroby ważne są kwestie dotyczące sposobu odżywania, genów i płynących zeń predyspozycji, ale także wybór środków i narzędzi walki z zakresu medycyny tradycyjnej, lecz również alternatywnej, a do tego wszystkiego szalenie istotna jest aktywność fizyczna i sfera mentalna. Żaden z tych elementów układanki nie może zostać pominięty. Każda z zamieszczonych w książce rozmów na każdym kroku o tym przekonuje.

Niniejsza lektura ma wiele wydźwięków. Są tu akcenty w sposób oczywisty smutne, przypominają bowiem o nieuchronności pewnego końca, ale także znajdziemy tu słowa podnoszące na duchu, tchnące optymizmem, pozwalające zachować w chorobie godność i dobre samopoczucie. A zatem... to lektura bardzo pozytywna. Przy całym, pełnym smutku, tle zamieszczonych tutaj treści. Warto jednak po tę lekturę sięgnąć.

Dziękuję Wydawnictwu Sensus za egzemplarz recenzencki.



"Cel. Odkryj, określ, osiągnij!" - Paulina Mechło, Aneta Rostkowska-Gerlach


Tytuł: Cel. Odkryj, określ, osiągnij!
Autor: Paulina Mechło, Aneta Rostkowska-Gerlach 
Wydawnictwo: Sensus
Data wydania: 10.07.2018r.
Liczba stron: 136


Jaki masz cel w życiu?

Bardzo fajna książka będąca połączeniem poradnika, książkowego dialogu z samym sobą i antystresa do pokolorowania ;) Nie znajdziemy tu podanych na tacy rozwiązań, ale raczej zachętę do tego, żeby ich poszukać - w nas samych.

Jeśli jest w tej książce jakaś porada, to w zasadzie tylko taka, żeby na chwilę zwolnić, zastanowić się nad sobą i ze sobą "porozmawiać". Trochę według szablonu przyjętego na kolejnych stronach, ale to dosyć ciekawe książkowe poprowadzenie za rękę ;) Mamy tu bowiem szereg pytań: z czyim zdaniem się liczymy?, co lubimy?, czego byśmy chcieli?, gdzie i w jakim miejscu chcemy być za x lat?, jakie są potrzebne ku temu środki i narzędzia?, co mamy w rękach dzisiaj i w jakim miejscu jesteśmy? - itd ;) Niby nic wielkiego i odkrywczego, ale trochę zmusza do refleksji. A mnóstwo pustego miejsca na zapiski prowokuje do wykonania małej pracy z samym sobą.

Poradniki spotykane na półkach w księgarniach najczęściej - pomimo całej użytecznej treści - każą zmieniać samego siebie według różnych schematów, które podaną są w zasadzie na tacy, jako pewne "gotowce". Siłą tej książki jest to, że tutaj jest inaczej. Schemat ewentualnych zmian ustalamy bowiem sami, pracując na kolejnych stronach z samym sobą. Miła odmiana ;)

W zasadzie każde następne słowo będzie w tej opinii niepotrzebne, bowiem to, co każdy z Was zapisze na kolejnych stronach tej książki i do jakich wniosków dojdzie, to indywidualna sprawa każdego czytelnika. Więc, na koniec, po prostu zachęcam :) - spróbujcie sięgnąć po tę książkę, to chyba nie będzie głupi pomysł. A na pewno będzie ciekawy :)

Dziękuję Wydawnictwu Sensus za egzemplarz recenzencki.




niedziela, 30 grudnia 2018

"Sztuka komunikacji w drodze do sukcesu" - Dale Carnegie


Tytuł: Sztuka komunikacji w drodze do sukcesu
Autor: Dale Carnegie
Wydawnictwo: Sensus
Data wydania: 21.08.2018r.
Liczba stron: 192


Komunikacja = klucz.

Jak sugeruje tytuł - ma to być klucz do sukcesu, w domyśle zawodowego... ale nie tylko. Sukcesem samym w sobie, niezależnie na jakim polu, jest bowiem skuteczność przedstawionego i odebranego komunikatu, które razem wzięte składają się na poprawną komunikację. I o tym, w wielkim skrócie, jest ta oto książka.

Można powiedzieć - "komunikacyjne abc" w pigułce. Nic to, co prawda, odkrywczego, ale z drugiej strony książka może być przydatna. Poruszono w niej bowiem wszystkie istotne aspekty poprawnej komunikacji, poczynając od właściwego doboru słów, poprzez treść komunikatów popartą stosowną mową ciała, aż do poprawnego nawiązania i utrzymywania kontaktu z rozmówcą. Cel? Dotarcie do odbiorcy w sposób, jakiego oczekujemy.

Trochę to może i zahacza o techniki manipulacyjne, ale tylko z pozoru. Autor bowiem nie skupia się na tym, jak przekonać współrozmówcę do swoich racji, lecz na tym, jak poprawnie przekazywać swoje myśli, by były one dla rzeczonego współrozmówcy w pełni zrozumiałe. W jakim celu będziemy to robić (bogatsi o naukę płynącą z tej lektury) - to już, tak jakby, nasza sprawa. Merytorycznie zatem patrząc mamy w rękach książkę całkowicie obiektywną.

Książek tego rodzaju znajdziemy na rynku mnóstwo. Kilka w rękach miałem już okazję mieć, więc polecam z czystym sumieniem - "Sztuka komunikacji..." nie odbiega w żaden sposób od innych tego typu pozycji. 

Dziękuję Wydawnictwu Sensus za egzemplarz recenzencki.



"Sny, senne wizje i przypowieści. Fragmenty duchowej ścieżki" - Maciej Wielobób


Tytuł: Sny, senne wizje i przypowieści. Fragmenty duchowej ścieżki
Autor: Maciej Wilelobób
Wydawnictwo: Sensus
Data wydania: 02.10.2018r.
Liczba stron: 136


Waga snów.

Sen... Błogosławiony stan, w którym odpoczywamy. Na potrzeby tej oto książki potraktowany jako element szeroko pojętej drogi ku duchowemu wyciszeniu i odnalezieniu tytułowej "duchowej ścieżki". Ciężko to trochę przyswoić, ale... przeczytać można ;)

Maciej Wielobób to autor wyspecjalizowany w tematyce medytacyjnej, zahaczający w swoich publikacjach bardzo często o jogę i techniki relaksacyjne. Nie tylko zresztą o te tematy "zahaczający", lecz w większości przypadków czyniący z nich główną oś fabularną i treść swoich książek. Niniejsza, jak sam tytuł wskazuje, skupia się na śnie. 

Teza i główne założenie? Sen można potraktować instrumentalnie jako narzędzie wyciszenia, medytacji i wpływania na samego siebie tak, aby osiągnąć pożądany stan umysłu... Hm... Pachnie trochę "Incepcją", prawda? ;) A tak na poważnie... Nie będę twierdził, że cała zawarta w tej książce argumentacja jest do ogarnięcia dla laika. Całość wzięta "z marszu" jest nieco trudna do uniesienia, ale sam autor przyznaje, że do tego tematu nie można podejść sobie ot tak, z marszu właśnie. Szkoda tylko trochę w takim wypadku, że autor nie wskazuje wprost innych lektur, które pomogłyby w pełnym zrozumieniu właśnie tej... Choć zakładać pewnie można, że inne książki jego autorstwa są właśnie tymi lekturami. 

Cóż... Przeczytać można, choć dla laika może to być lektura trudna. Dla nieco bardziej wtajemniczonych w poruszaną tutaj tematykę będzie to pewnie wartościowa książka. Bez jakiegoś wcześniejszego przygotowania nie jest jednak łatwo - może nie tyle przebrnąć, co w pełni myśl autora zrozumieć.

Dziękuję Wydawnictwu Sensus za egzemplarz recenzencki.



"#girlstalk. Dziewczyny, rozmowy, życie" - Paulina Klepacz, Karolina Cwalina-Stępniak


Tytuł: #girlstalk. Dziewczyny, rozmowy, życie
Autor: Paulina Klepacz, Karolina Cwalina-Stępniak
Wydawnictwo: Sensus
Data wydania: 17.10.2018r.
Liczba stron: 368


Kobiecy punkt widzenia :)

Kobiety - o kobietach. Po kobiecemu ;) Ale nie tak w sumie do końca... ;) Początek tej krótkiej opinii może i enigmatyczny, ale zawierający w sobie pewne sedno. Bo to książka trochę o wszystkim co dotyczy kobiet i ich sposobu postrzegania świata, sposobu działania... ale to także coś o wszystkim, co wokół nich - a więc nie tylko o nich ;)

Czy facet czytający taką książkę może czuć się tutaj... na miejscu? Czy raczej jak lis w kurniku? ;) Haha :) Cóż - trochę i tak i tak. #girlstalk to przede wszystkim kobiecy punkt widzenia. Na wiele spraw i problemów, poczynając od zdrowia, samoakceptacji, poprzez macierzyństwo, seks, relacje międzyludzkie, biznes, sukces, tolerancję, na konkluzjach dotyczących "lepszego świata dla wszystkich" kończąc. Forma zaś tych punktów widzenia jest nadzwyczaj ciekawa, przyjęto bowiem formułę książkowego dialogu. Przede wszystkim pomiędzy dwoma autorkami, z których jedna jest bardziej konserwatywna, druga znowuż dryfująca w swych poglądach bardziej w stronę szeroko pojętego feminizmu i emancypacji. Ciekawe :)

Książka ta, jak zapewniają autorki, powstała z potrzeby wymiany poglądów i z powszechnego braku tego, co w codziennym pędzie gdzieś umyka - rozmów... Zwyczajnych rozmów, na które tak często nie znajduje się czasu. W pewnym momencie pojawia się w "#girlstalk" takie zdanie, że fajnie by było, gdyby ta lektura była dla kobiet i dziewczyn taką "książką-przyjaciółką", po którą zawsze można sięgnąć po dawkę pozytywnego przekazu. Idea fajna, choć przyświecająca jej przyczyna... dramatycznie smutna. Refleksja bowiem jest taka, że w dzisiejszych czasach, przez brak czasu na rozmowy, naprawdę można zatracić mnóstwo z tego, co jest podstawą zdrowych relacji międzyludzkich.

Zakładać można, z dużą dozą słuszności, że lektura ta jest tylko i wyłącznie dla pań. Ale czy ja wiem... czy tak do końca? Z drugiej bowiem strony barykady patrząc, można się wiele ciekawych rzeczy o kobiecych punktach widzenia dowiedzieć :) Może i trochę na zasadzie - wspomnianego już - "lisa w kurniku" ;) , ale co pouczające, to pouczające. Jednak łudzić się nie ma co - nawet po przeczytaniu tej książki żaden facet nie będzie mógł powiedzieć, że pojął kobiety ;) Jedynie, ewentualnie, można dzięki tej lekturze zrobić ku temu jakiś mały krok (no, może dwa).

;)

Dziękuję Wydawnictwu Sensus za egzemplarz recenzencki.






sobota, 29 grudnia 2018

"Gospoda pod Bocianem" - Katarzyna Droga


Tytuł: Gospoda pod Bocianem
Autor: Katarzyna Droga
Wydawnictwo: Sensus
Data wydania: 22.08.2018r.
Liczba stron: 328


Podróż w przeszłość.

Saga rodziny Bogoszów - teoretycznie do bólu zwyczajnej rodziny z Podlasia, jednak przez swą zwyczajność jest to rodzina niezwykła. Na przestrzeni opisywanych lat czytelnik jest świadkiem ludzkich wzlotów i upadków, sytuacji zwyczajnych ale i ekstremalnych, łatwych i trudnych... Samo życie ;) Wszystko zaś zamknięte w książkowej pigułce, będącej jego małą metaforą.

Książki obyczajowe mają to do siebie, że zwykle pokazując pewną historię niosą ze sobą jakiś morał. Przekaz. Nie inaczej jest i tym razem. Katarzyna Droga nie "wmusza" może tego morału czytelnikowi wprost, ale pokazując losy ludzi na przestrzeni lat daje czytającemu szansę na to, żeby sam sobie wyłowił to, co autor miał na myśli. Dla każdego może to być coś innego, dla mnie jednak to taka, jak już napisałem, mała metafora życia jako takiego. Życia, w którym ważne jest dobro, ludzka życzliwość, ciepło i szczerość, gdy ich bowiem zabraknie zazwyczaj nie dzieje się dobrze. Warto przy tym wszystkim zwolnić i docenić to, co się ma. 

Umiejscowienie wielopokoleniowej sagi na Podlasiu było chyba dobrym pomysłem. Wybrane przez autorkę miejsce akcji sprzyja refleksji, spowolnieniu i tak już mocno pędzącego życia i zyskaniu dzięki temu chwili na przemyślenia. Czynią to bohaterowie książki, lecz uczynić to może także czytelnik. Miłe spostrzeżenie ;)

Wielbiciele powieści obyczajowych będą bez wątpienia zadowoleni. Chociaż jest to książka "o życiu" (tylko i aż), to nie zgodziłbym się w tym miejscu z twierdzeniem, że przeznaczona jest ona tylko dla pań. Ok, może i przede wszystkim dla nich ;) , ale nie jest wcale powiedziane, że tylko panie mają zdolności i potrzeby do refleksji i zatrzymania się na moment po to, żeby dostrzec pewne rzeczy. Każdy czasem tego potrzebuje, a jeśli trafia się książka, która to ułatwia - taka jak ta - to tym lepiej.

Dziękuję Wydawnictwu Sensus za egzemplarz recenzencki.



"Uśpiona" - Anka Mrówczyńska


Tytuł: Uśpiona
Wydawnictwo: Psychoskok
Data wydania: 26.11.2018r.
Liczba stron: 198


Thriller pierwsza klasa!

Ta książka to jedno wielkie, niesamowite zdziwienie - i to na ogromny plus :) Okazuje się bowiem, że autor z rodzimego podwórka potrafi napisać świetny thriller psychologiczny z zakończeniem, którego nie powstydziłby się żaden wiodący autor gatunku. Samo zaskoczenie zaś jest po ostatniej stronie tym większe (wciąż na plus!), że do tej pory Anka Mrówczyńska przyzwyczaiła nas do całkiem innego rodzaju lektur (!).

Beletrystyka na niezłym poziomie to coś, o co Ankę można było co prawda trochę posądzać (patrząc na dotychczasowe zdolności twórcze :) ), ale nie sposób było się spodziewać, że efekt będzie aż taki fajny :) "Uśpiona" to kilka z pozoru niezwiązanych ze sobą wątków i historii, scen nasączonych przemocą i brutalnością, mnóstwo zwrotów akcji i stopniowe zbliżanie się wraz z każdą stroną do zaskakującego finału, w którym wszystkie wątki ostatecznie się ze sobą połączą, ale w sposób, jakiego nikt się raczej nie spodziewał. Brawo! :) 

Akcja w stylu mrocznego PRL-u jest absolutnym strzałem w dziesiątkę. Tak samo jak główni bohaterowie - zagubiona, nieustannie przed kimś i przed czymś uciekająca Majka; Andrzej, który aby chronić rodzinę zabił ojca; Jagoda, córka podporządkowanego całkowicie pewnemu prokuratorowi polityka i wreszcie sam prokurator Bromski, bezwzględna, mściwa i mroczna postać, gotowa na wszystko co może pomóc w realizacji celów. Historie ludzi nie mających ze sobą nic wspólnego... ale tylko z pozoru. Łączy ich wszystkich więcej, niż można sądzić po pierwszych stronach, a ile tego jest - przekonać się można w finale, który całkowicie zmienia perspektywę i początkowe domysły czytelnika. Zakończenie książki to bowiem jeszcze jeden punkt widzenia i kolejny wariant rzeczywistości, a tych jest w książce naprawdę wiele. Zabieg celowy? Zapewne :) Tym lepiej, bo wykonany bardzo dobrze :)

Klimat "Uśpionej" jest mroczny, pełen przemocy. Lekturze bardzo dobrze to robi - język, fabuła, realia i akcja łączą się ze sobą w całość, która jako thriller stoi na zaskakująco dobrym poziomie. Ta historia naprawdę może wciągnąć i... robi to. A wciągnąć się naprawdę nie jest trudno, jeśli już bowiem zaczniemy, to książka "czyta się" praktycznie sama. Biorąc pod uwagę objętość - raz jeszcze wielkie brawa, nie jest bowiem wcale łatwą sztuką zamieszczenie na niespełna dwustu stronach tylu wątków, poprowadzenie ich i zamknięcie w logiczną całość, przy jednoczesnym przedstawieniu postaci w sposób wiarygodny i interesujący. 

Anka Mrówczyńska przyzwyczaiła nas do nieco innego rodzaju lektur, jednak niniejsze "odstępstwo od normy" należy zapisać Jej na wielki plus. Oby tak dalej! :) Bardzo mocno podejrzewam, że kto jak kto, ale ta akurat autorka jeszcze nie raz pokaże na co Ją stać - z czystą przyjemnością się o tym przekonam :) A Was zachęcam do tego samego :)

Polecam!

Dziękuję Wydawnictwu Psychoskok za egzemplarz recenzencki.



"Oddział dzienny" - Magdalena Bieniek


Tytuł: Oddział dzienny
Autor: Magdalena Bieniek
Wydawnictwo: Psychoskok
Data wydania: 20.12.2016r.
liczba stron: 214


Szpital od kuchni.

Oddział dzienny w szpitalu psychiatrycznym - zgodnie z opisem, to zdecydowanie nie jest coś, co kojarzy się dobrze. Czy to rzeczywiście jednak miejsce tak fatalne? To jedna z niewielu książek, które pokazują jak wygląda rzeczywistość na takim właśnie oddziale. Przy pokazaniu wszystkich blasków i cieni tego miejsca i panującej w nim rzeczywistości.

Książka to swoisty dziennik pełen zapisków z terapii na dziennym oddziale szpitala psychiatrycznego. Takie dwanaście tygodni "w pigułce". Spektrum bohaterów - dosyć szerokie... Na pierwszym planie główna bohaterka, która trafia na oddział z przyczyn poniekąd zawodowych, okazuje się jednak, że przyczyny dla których potrzebuje pomocy tkwią dużo głębiej. Pozostali bohaterowie to współtowarzysze terapii, jednak tak naprawdę tylko zarysowani pod kątem charakterologicznym. W zasadzie książka jako taka nie zagłębia się zanadto w sferę opisu bohaterów, co można poczytać za jej minus - ale o minusach tej pozycji nieco później (niestety - będą).

Przed minusami - trochę plusów ;) Bardzo ciekawie opisano bowiem codzienność szpitala psychiatrycznego, formy terapii, cele jej poszczególnych elementów, założenia jakie mają zostać osiągnięte. Tutaj opisy są dosyć szczegółowe, przy jednoczesnej polemice dotyczącej tego, czy dana forma pracy z pacjentem jest i może być skuteczna. Ale to odniesienia do głównej bohaterki, nie można więc w sumie pod tym kątem generalizować, nie jest bowiem powiedziane, że to co nie działa w jednym przypadku nie zadziała w innym (i odwrotnie). W każdym razie - ta część książki jest bez wątpienia na duży plus.

Minusy? Bohaterowie... Niejednokrotnie nie mamy zielonego pojęcia (czytając) dlaczego ktoś czuje się tak, a nie inaczej. "Głębi" bohaterów też brak, może poza główną postacią, ale tutaj też można mieć zastrzeżenia... "Oddział dzienny" jako swoisty dziennik jest do tego w swej formie nieco chaotyczny fabularnie, co może być irytujące, ale wynika to z przyjętej konwencji pisania - można zatem przymknąć na to oko. Pisarsko jednak... wybitne dzieło to nie jest ;) Przy całym szacunku rzecz jasna dla autorki za podjęcie tematu i napisanie tej książki. No ale "pisarskiego efektu wow"... no po prostu nie ma.

Zależy kto to będzie czytał, ale nieuniknione jest dostrzeżenie zarówno plusów jak i minusów tej lektury. Wymagający czytelnicy dostrzegą zapewne przewagę minusów... Nie należy jednak zapominać o tym, że - mimo wszystko - książki takie jak ta są nie tylko ciekawe, ale i ważne. Pokazują bowiem pewien świat będący tematem tabu, rzeczywistość, o której raczej nie chcemy na co dzień słyszeć i bohaterów z problemami, którzy są w ostatecznym rozrachunku takimi samymi ludźmi jak my wszyscy. O tym trzeba pamiętać. I dostrzec ten wielki, ogromny plus tego, że książki takie jak ta powstają. 

Dziękuję Wydawnictwu Psychoskok za egzemplarz recenzencki.



piątek, 28 grudnia 2018

"Więzy krwi" - Maja Lidia Kossakowska

Tytuł: Więzy krwi
Autor: Maja Lidia Kossakowska
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 23.11.2018r.
Liczba stron: 480


Groza plus fantastyka.

Pierwsza Dama Polskiej Fantastyki nie rozczarowuje. Tym razem jednak nie dostajemy do rąk prozy, lecz opowiadania. Bardzo różne, przewrotne... Jak ludzka natura i rzeczywistość wokół nas, która może przynieść dosłownie wszystko - również to, czego niekoniecznie byśmy sobie życzyli. Tak czy inaczej - inspiracją do dobrego tekstu może być dosłownie cokolwiek "z życia wzięte", o czym Pani Maja bardzo udanie nam przypomina :)

"Więzy krwi" to zbiór dziewięciu opowiadań (z których jedno to właściwie minipowieść). Opowiadań bardzo różnych tematycznie, ale stojących na bardzo dobrym poziomie. Grozę można bardzo umiejętnie połączyć z fantastyką jak się okazuje, a Pani Maja jest w swoim fachu po prostu ŚWIETNA! :) 

Teksty poukładano chronologicznie, według kolejności ich powstania. Każdy opatrzono krótką notką od autorki, w której wyjaśnia ona genezę powstania danego opowiadania - mały smaczek dla fanów, który pokazuje tylko, że inspiracją może być dosłownie wszystko, nawet prześmiewcza dyskusja lingwistyczna odbyta ze znajomym w pojeździe transportu zbiorowego ;) Chronologiczne posortowanie opowiadań też jest ciekawe, okazuje się bowiem, że można w jednym w tekstów trafić na bohaterów znanych z tekstu wcześniejszego, tyle że w całkowicie nowych okolicznościach. Czasowe odległości pomiędzy powstaniem opowiadań nie są zaś żadną przeszkodą w tym, żeby móc odnaleźć podobieństwa. Kossakowska od dawna ma swój niepowtarzalny styl pisania, bardzo dla siebie charakterystyczny - znów możemy się o tym przekonać :)

Wspólny mianownik zamieszczonych tutaj tekstów to przede wszystkim groza, ale także przewrotność losu, zmienność ludzkiej natury oraz istnienie sił, wobec których jesteśmy słabi niczym robaki - i które to siły mogą nas, niczym rzeczone robaki, bez trudu rozgnieść na miazgę (dosłownie i w przenośni). To co niewytłumaczalne, nadprzyrodzone, niepojęte, fantastyczne - to wszystko bowiem też tutaj znajdziemy. I bardzo dobrze, to bowiem jeszcze jeden ze znaków rozpoznawczych autorki, dzięki którym chce się sięgać właśnie po jej książki. Mało kto potrafi pisać w ten sposób, dlatego cieszmy się tą książką :)

"Więzy krwi" można przeczytać od deski do deski, ale nie jest to wymóg konieczny - można sobie między opowiadaniami dowolnie "skakać" i czytać je bez związku ze sobą, w dowolnie wybranym przez siebie momencie. Jedno jest pewne: będziecie zadowoleni jeśli lubicie tę autorkę :) Bo chociaż Maja Lidia Kossakowska w ostatnim czasie przyzwyczaiła nas bardziej do prozy, to opowiadania w dalszym ciągu pisze świetnie. 

Polecam!

Dziękuję Fabryce Słów za egzemplarz recenzencki.





środa, 26 grudnia 2018

"Grzechy Imperium" - Brian McClellan


Tytuł: Grzechy Imperium (tytuł oryginału: Sins of Empire)
Cykl: Bogowie Krwi i Prochu (tom 1)
Autor: Brian McClellan
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 28.11.2018r.
Liczba stron: 768


Magia i proch.

Rozmach. Oto pierwsze słowo, jakie nasuwa się na myśl po lekturze tej oto książki. A czym ona jest? Tak naprawdę? Cóż... w wielkim skrócie: to fantastyczny powrót Briana McClellana do świata magów prochowych znanego z poprzedniej trylogii tego autora, z tą na początek różnicą, że akcję przeniesiono na inny kontynent (!). Wystarczy za wstępną rekomendację? :)

Dla mnie osobiście mega plusem książki (choć znajdą się i tacy, którzy uznają to za minus) jest właśnie wspomniany już przeze mnie swoisty powrót do uniwersum z "Trylogii magów prochowych"- tyle że na nowy kontynent, Fatrastę. "Grzechy Imperium" to taka trochę nowa odsłona tego, co już znamy... A jako że to, co znamy, było super... Nie zawsze trzeba wymyślać wszystko od zera, pewne bazowanie na sprawdzonym schemacie bywa ok. Według mnie tak właśnie jest w tym przypadku.

Akcja "Grzechów Imperium" rozgrywa się kilka lat po zakończeniu poprzedniej trylogii. Kilku bohaterów "przemycono" do nowej książki (jak chociażby Vlorę). Akcja sama w sobie jednak... jest nieco inna :) Nie chcę psuć zabawy, dlatego więcej nic na ten temat nie napiszę ;) Powiedzmy zatem, że mamy pewne pozostawione i wiadome założenia znanego już uniwersum, lecz inny kontynent, inne realia, plus mieszankę znanych już i nowych bohaterów. A na deser... świetne zwroty akcji (!), wielowątkową historię (opisaną z kilku punktów widzenia, w dodatku równoległe prowadzonych, ma się zatem wrażenie, że "wie się wszystko") i - jak to u McClellana bywa - pozostawienie czytelnika w samym środku opowieści, która zostaje celowo "urwana" (!...)... I co pozostaje? Tylko i wyłącznie czekać na kolejną część, za co ma się ochotę autora udusić... a za chwilę wyściskać, bo czekać z całą pewnością będzie warto :)

Cóż dodać... Żeby nie spoilerować a jednocześnie rozbudzić apetyt ;) ... W wielkim skrócie: nie zawiedziecie się. Zwłaszcza jeśli znacie już tego autora i jego książki. Rozmach to znak rozpoznawczy McClellana i tego właśnie rozmachu mamy w "Grzechach Imperium" po dostatkiem. Co do "powielania schematów"... Ok, można marudzić - ale i tak przeczytacie tę książkę ;) Więc czy warto tak naprawdę narzekać? Mała podpowiedź brzmi... "nie" ;)

Dziękuję Fabryce Słów za egzemplarz recenzencki.




"Kłamca. Machinomachia" tom 2,5 - Jakub Ćwiek

Tytuł: Kłamca. Machinomachia
Cykl: Kłamca (tom 2,5)
Autor: Jakub Ćwiek
Wydawnictwo: SQN
Data wydania: 14.11.2018r.
Liczba stron: 272


Loki one more time :)

Świetny bohater i genialna konwencja powracają :) W dalszym ciągu - fabularnie na rzecz patrząc - jest dobrze, aczkolwiek kilka jedynie zamieszczonych w książce historii pozostawia pewien niedosyt... Nie bez powodu ta akurat część jest swoistym tomem nr "2,5", gdyż treści, umówmy się, nie ma tutaj tak znowu wiele, ale na końcu książki jest coś, co trochę ten niedosyt wynagradza: gra karciana do wycięcia! :)

Co znajdziemy pod kątem fabularnym? Przede wszystkim dobrą zabawę i małe wyjaśnienie, co Loki robi w "wolnym czasie". Jak już zasugerował nieco opis - nie jest to bynajmniej tylko i wyłącznie wylegiwanie się z drinkiem pod palmą. Troszkę więcej mamy tu także greckich bóstw (tego nigdy za wiele!). A także spore wyzwanie, jeśli bowiem przeciwnikiem Lokiego jest bóstwo, które jest w stanie używać swej wiedzy o technologii, to... będzie się działo :)

Zamieszczona na końcu książki gra = bomba! :) "Kłamcianka towarzyska" to coś, co Jakub Ćwiek swego czasu zapowiadał, jednak pomysł tak jakby "odłożono" na później. W tomie nr 2,5 koncepcja powraca i... to naprawdę strzał w dziesiątkę :) Przynajmniej dla fanów uniwersum, postaci i całej przyjętej w cyklu "Kłamca" konwencji. Godziny fajnej zabawy gwarantowane :)

Są osoby, które narzekają trochę (albo i bardzo) na odświeżenie całego cyklu i przejście Jakuba Ćwieka do innego wydawnictwa. Szczerze mówiąc... nie rozumiem tych głosów. Wznowienia książek nie są czymś niezwykłym, zmiany wydawnictw przez autorów także. A przecież tom nr 1tom nr 2, a nawet niniejsza część - to wciąż ta sama treść. Tylko z inną okładką i z innym logo na tejże. Tak więc... warto narzekać i marudzić? Moim skromnym zdaniem lepiej zamiast tego się cieszyć, że cykl powraca :)

Dziękuję Wydawnictwu SQN za egzemplarz recenzencki.






poniedziałek, 17 grudnia 2018

"Drzewo Anioła" - Lucinda Riley


Tytuł: Drzewo Anioła (tytuł oryginału: The Angel Tree)
Autor: Lucinda Riley
Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 14.11.2018r.
Liczba stron: 528


Pojednanie z przeszłością.

Lucinda Riley, znana przede wszystkim z cyklu "Siedem sióstr", daje nam do ręki powieść wyjątkową. Wielowątkową, do bólu obyczajową, ale to "do bólu" ma w sobie wszystkie tego zwrotu plusy i minusy. I wychodzi to książce na (niesamowity!) plus, dostajemy bowiem tak naprawdę... historię wprawdzie wymyśloną, ale taką, która z powodzeniem może być małą przenośnią sensu życia w pigułce :)

Greta, główna bohaterka, cierpi na amnezję. I to od dobrych 20 lat. Wszystko przez wypadek z przeszłości. David, jej wieloletni przyjaciel, zaprasza ją do jej dawnej posiadłości, Marchmont Hall. Nie odwiedzała jej przez szereg lat... Czy to pomoże w odzyskaniu pamięci? A jeśli tak... to co skrywają odmęty niepamięci?

Zaskoczyć - nie zaskoczę ;) , przy okazji zaspoileruję, lecz trochę wyjścia nie mam ;) ... Tak, Greta odzyska pamięć. Nie od razu, stopniowo... lecz to, co wypłynie na wierzch z ciemności będzie niezmiernie ważne. I to nie tylko dla niej, dla wszystkich bliskich jej osób również. Nie bez powodu bowiem pozwoliłem sobie wspomnieć, że ta książka jest małą przenośnią sensu życia w pigułce :) Jest nią, bez wątpienia. Czemu? Bo jest o ludziach. O ich relacjach, o ich braku, o przyczynach i skutkach głupoty, nieporozumień, niepotrzebnej dumy, złych wyborów, przemilczeń, kłamstw, półprawd... Samo życie ;) Z wszystkimi jego blaskami i cieniami. 

Książek o takich blaskach i cieniach jest mnóstwo - dlaczego więc sięgnąć właśnie po tę? Hm... Ciężko to ująć w słowa, bo chodzi przede wszystkim o klimat tej powieści. Nieuchwytny dla słów ;) ; trochę gorzki, chwilami ciepły... Dosyć niespotykany. "Drzewo Anioła" napisano (i chyba tak będzie ująć to najlepiej) tak trochę... blisko wszystkich postaci, z bardzo dużą możliwością wczucia się w ich położenie, a nawet z opcją odnalezienia w każdym z nich samego siebie. I, co ciekawe, Licinda Riley zostawia czytelnikowi możliwość wyboru, czy daną postać polubić czy też nie (!). Takie jest przynajmniej moje zdanie... Nie ma według mnie w tej książce postaci całkowicie, bezdyskusyjnie złych. Nie ma tu "antybohaterów". Każda postać jest sobą, pełną wad i zalet - w różnych proporcjach co prawda - ale każda występująca tu osoba jest po prostu SOBĄ, co oznacza, że sympatie bądź antypatie to wyłączna sprawa czytającego. Ciekawe... ;)

Konwencja bożonarodzeniowa, którą sugeruje okładka, też rzecz jasna tutaj jest ;) Rzecz bowiem, fabularnie, rozpoczyna się w Wigilię Bożego Narodzenia. Święta... Wspomniałem już, że ta książka jest także sposobem - dla bohaterów w każdym razie - na pojednanie się z przeszłością, na takie swoiste oczyszczenie; pełne łez, uśmiechów, po prostu pełne słusznych w tego typu sytuacjach emocji. Takie jest poniekąd przesłanie "Drzewa Anioła" - przeszłość jest przeszłością; bywała różna, pełna skrajnych emocji i wydarzeń, lecz czy warto nią żyć? Czy nie warto przeszłości omówić, pojednać się z nią i... żyć tym co jest dziś? - po to by móc za chwilę zacząć żyć jutrem? No właśnie. A czy jest na to właściwszy i bardziej sprzyjający okres, niż ten bożonarodzeniowy? ;)

Wiele pojawia się głosów w sieci przebąkujących, że książka ta byłaby fantastycznym materiałem na film. Zgadzam się w stu procentach :) Scenariusz jest w zasadzie gotowy, podany na tacy ;) A zatem... czekamy! :)

Dziękuję Wydawnictwu Albatros za egzemplarz recenzencki.








"Niewyjaśnione okoliczności" - Richard Shepherd


Tytuł: Niewyjaśnione okoliczności (tytuł oryginału: Unnatural Causes)
Autor: Richard Shepherd
Wydawnictwo: Insignis
Data wydania: 31.10.2018r.
Liczba stron: 456


Biografia nietuzinkowa...

A co jeśli by tak pozwolić przemówić... zmarłym? Tym, którzy odeszli niespodziewanie, a ich śmierć była gwałtowna, zagadkowa, czasem budząca wątpliwości? Sposobem na to jest oddanie głosu komuś, kto jest w stanie dociec prawdy. Dr Richard Shepherd, lekarz medycyny sądowej, jest właśnie takim kimś.

Medycyna sądowa, fach koronera, patologa zwłok... profesje, o których się na co dzień (raczej) nie mówi. Jeśli ma się zaś z nimi styczność, to tylko w niezbyt pożądanych okolicznościach - zarówno patrząc z perspektywy bycia kimś bliskim dla zmarłego, jak również (co oczywiste)  z perspektywy bycia nieboszczykiem... Tak czy inaczej, są to profesje od których się stroni, aczkolwiek mogą one być źródłem arcyciekawych historii.

Dr Richard Shepherd to uznany autorytet jeśli chodzi o w/w profesje. Brał udział w wyjaśnieniu wielu zarówno tajemniczych, zagadkowych, jak również co najmniej dziwnych spraw. Może to niezbyt poetyckie - choć trafne - stwierdzenie, ale czytając tę książkę można dojść do wniosku, że zmarli mogą wiele opowiedzieć... A w zasadzie nawet nie oni, lecz ich doczesne szczątki. I wbrew pozorom to nie są (tylko) jakieś makabryczne opowieści z sal, na których odbywają się sekcje zwłok (choć, po części, i tak można na to spojrzeć). 

Książka zaskakuje tym, co autor ma do powiedzenia. Okazuje się, że nawet pisarz nie jest w stanie czasem wymyślić okoliczności zbrodni jakie pisze samo życie. To samo dotyczy wszelakich przypadków, feralnych zbiegów okoliczności prowadzących do śmierci. Pouczające... Momentami (częstymi) tę książkę czyta się jak dobrą sensację. A nieraz jak niezły kryminał :)

Wszystko ma jednak drugą stronę medalu, także taka profesja jak ta autora niniejszej książki. Każdy z nas jest tylko człowiekiem... Shepherd opowiada zatem także o tym, co lata pracy uczyniły z nim samym, z jego (skądinąd silną, no ale jednak...) psychiką, podejściem do świata, ludzi, życia, śmierci. Jego praca to również wymierny, nie tylko emocjonalny, koszt dla jego bliskich - o tym wspomniano także. Wszystko zaś jako całość, poza najbardziej interesującą częścią, składa się na książkę wyjątkową napisaną przez wyjątkowego człowieka.

Polecam :)

Dziękuję Wydawnictwu Insignis za egzemplarz recenzencki.







"Zgadnij kto" - Chris McGeorge


Tytuł: Zgadnij kto (tytuł oryginału: Guess Who)
Autor: Chris McGeorge
Wydawnictwo: Insignis
Data wydania: 05.09.2018r.
Liczba stron: 416


Escape room plus kryminał?

Dokładnie tak :) Wow! Konwencja SUPER. Mała przestrzeń, kilka osób, zwłoki w łazience... I tylko kilka godzin na to, żeby odkryć kto z obecnych jest zabójcą - inaczej nikt się z pokoju nie wydostanie, a co więcej wszyscy... zginą. Wystarczy za rekomendację? ;)

Ale ok, napiszmy coś więcej ;) Główny bohater ma - w teorii przynajmniej - detektywistyczne zacięcie we krwi. Morgan Sheppard jako nastolatek rozwiązał zagadkę śmierci własnego nauczyciela, i to pomimo iż wszystko wyglądało na samobójstwo. Jak na dzieciaka całkiem nieźle. Jak pójdzie mu teraz? Pewnego dnia bowiem budzi się w pokoju hotelowym przykuty kajdankami do łóżka. W łazience, jako się rzekło, trup... W pokoju zaś pięć nieznajomych osób, z których jedna jest mordercą. Całość zaś to jedna wielka gra, jeśli bowiem Morgan nie odkryje w ciągu trzech godzin kto zabił - zginą wszyscy. No, powiem Wam... to nie tylko w samym opisie wyszło nieźle :)

Aż dziw, że to literacki i wydawniczy debiut tego autora (!). Ale to fakt, "Zgadnij kto" jest pierwszą książką Chrisa McGeorge'a. I to NIE NAJGORSZĄ :) Całkiem całkiem nawet... ;) Konwencja escape roomu była strzałem w dziesiątkę, niesamowite że dotąd nikt nie napisał nic absolutnie w tym guście jeśli chodzi o szeroko pojęte kryminały czy powieści sensacyjne (mi się przynajmniej żaden taki autor i żadna taka książka o uszy nie obiła). Jeśli byliście kiedyś w jakimkolwiek escape roomie - wiecie w czym rzecz ;) Klimat samej zabawy tego typu jest mega, a jeśli napisać w takim klimacie książkę... No, efekt mam właśnie w rękach :) 

Trochę szkoda - jeśli mowa o maleńkich wadach - że nie pokazano nieco bardziej rysów charakterologicznych bohaterów. Ale to też się w zasadzie wpisuje w przyjętą konwencję - w escape roomie nie ma czasu na pierdoły ;) Bo liczy się właśnie CZAS. Tak jak w "Zgadnij kto"... Zakończenie i zwieńczenie tej historii nie jest może odkrywcze, jednak cała książka ma w sobie wystarczająco dużo "efektu wow", że można brak jakiegoś porywu na koniec z czystym sumieniem wybaczyć ;)

Polecam!

Dziękuję Wydawnictwu Insignis za egzemplarz recenzencki.



"Mów własnym głosem. 50 lekcji jak głosić swoją prawdę" - Regina Brett

Tytuł: Mów własnym głosem. 50 lekcji jak głosić swoją prawdę (tytuł oryginału: Use Your Words. 50 Lessons for Speaking Your Truth)
Autor: Regina Brett
Wydawnictwo: Insignis
Data wydania: 17.10.2018r.
Liczba stron: 374


Ważna jest PRAWDA.

Przede wszystkim TWOJA PRAWDA. Ta płynąca z wnętrza, z przekonań, z przemyśleń - ważne jest to "coś", co pozwala pozostać Ci w zgodzie z samym sobą. Właśnie o tym jak jest to ważne pisze w najnowszej książce Regina Brett.

Zakłamać życie jest bardzo łatwo. Wystarczy ulec kłamstwu. Dać się mu omamić, być jak "pelikan" - słuchać wszystkiego, co mówią inni i bezkrytycznie dawać temu wiarę. Tudzież po prostu to "łykać" ;) To prosta droga do tego, żeby zatracić rozeznanie w tym, co jest słuszne - a co nie. I co jest prawdą. Innym aspektem sprawy są sytuacje, w których pozwalamy innym mówić za nas, wkładać nam w usta cudze słowa, myśli, poglądy. Nie o to chodzi... W ogóle nie. W taki sposób tylko i wyłącznie zatracamy siebie. O tym, jak ważne jest pozostać sobą, nie pozwolić na zmianę nas samych przez okoliczności, innych ludzi, kłamstwa... o tym właśnie jest ta książka.

Dla każdego zresztą ta książka będzie trochę o czymś innym... Wspólny mianownik = pozostanie sobą, zgoda z samym sobą, samodzielne myślenie i przełożenie tego na rzeczywistość. Niby oczywiste... ale czy proste? Nie :) ... Regina Brett raz jeszcze, opowiadając 50 historii z życia wziętych pokazuje, jak łatwo jest przestać być sobą, a jednocześnie pisze o tym, jak istotne (ale czasami trudne) jest pozostanie sobą i utrzymanie nad tym stanem rzeczy kontroli.

Lekcje pouczające. Jak zawsze :) Seria książek tej akurat autorki jest czymś, co warto zauważyć na półce w księgarni. Tematy w teorii proste, banalne, oczywiste... a jednak podniesione do rangi "czegoś więcej". W dodatku znakomicie się to czyta. 

Kolejny bestseller? Wszystko na to wskazuje :)

Dziękuję Wydawnictwu Insignis za egzemplarz recenzencki.




sobota, 15 grudnia 2018

"Światy zastępcze. Samotność wobec kultury" - Paweł R. Wojciechowski


Tytuł: Światy zastępcze. Samotność wobec kultury
Autor: Paweł R. Wojciechowski
Data wydania: 31.10.2018r.
Liczba stron: 368


Wszyscy razem - a jednak samotni.

Książka niesamowicie ważna. Trafna. Opisująca rzeczywistość, w której funkcjonuje każdy z nas i to nieraz... w ogromnym osamotnieniu. Żyjąc czymś - zgodnie z tytułem - zastępczym, które to "coś" posiada jednak wszelkie cechy realności. Bardzo to jednak złudne. Jak wygląda współczesna rzeczywistość XXI wieku i jaki ma ona związek z szeroko pojętą kulturą - tego właśnie dowiemy się z niniejszej książki.

Temat poruszony na kolejnych stronach przez Pawła Wojciechowskiego jest naprawdę ważny. Na naszych oczach bowiem - i z naszym udziałem - dokonuje się bowiem (stale) pewna alienacja i zbiorowe oderwanie od rzeczywistości, a przez to alienacja każdego z nas z osobna. I jest to tym bardziej niepokojące, że wszyscy wyrażamy na to poniekąd zgodę. Czy nie spędzamy bowiem mnóstwa czasu w sieci? Czy nie używamy Facebooka, Twittera, Instagrama, włączając w/w do naszej codzienności i funkcjonując równolegle w sposób wirtualny? Robimy to. Sami wyrażając zgodę na dobrowolne wyobcowanie przy zachowaniu wszystkich pozorów życia na łonie wspólnoty.

Wojciechowski bardzo ciekawie nawiązuje w tej książce do prac Freuda, zwłaszcza do "Kultury jako źródła cierpień". Autor sam zresztą to oparcie się na twórczości Freuda potwierdza. Książka, jak pisze sam Wojciechowski, to trochę taki zbiór esejów o spotkaniu człowieka z kulturą, którą sam tworzy. Trafne podsumowanie w pigułce, a rozwinięte w odniesieniu do mediów społecznościowych, sposobu funkcjonowania w nich każdego z nas, a także - w szerszym spojrzeniu - odniesione do współczesnych społeczeństw, zmieniających się ról kobiety i mężczyzny, do problemów świata polityki, biznesu, obowiązującego w tych sferach języka oraz zachowań. 

Temat przewodni = wszechobecne pozory i osamotnienie. I to nie tylko tematy przewodnie, ale także... wnioski. Przygnębiające, ale jednak prawdziwe. I to tym bardziej, że wnioski te dotyczą także szeroko pojętej kultury, zarówno tej mniej jak i bardziej ambitnej. Również tej codziennej. "Światy zastępcze" na kulturowym aspekcie także się, jak widać, skupiają, stając się przy tym pewną próbą pokazania, do czego to wszystko może nas zaprowadzić. I jakie mogą być konsekwencje oraz koszty długofalowe tego, jak zmienia się funkcjonowanie ludzkości w różnych sferach życia. Czy jest to pewna przestroga? Z całą pewnością tak.

Oprócz przestróg jednak (i bardzo niefajnych wniosków) książka ta jest także swego rodzaju próbą pokazania, jak ważne są realne kontakty i spotkania z drugim człowiekiem. I to kontakty rzeczywiste, nie wirtualne. Ich rola jest nie do przecenienia, tylko i wyłącznie rzeczywisty kontakt definiuje bowiem jego faktyczną wartość. Nie można o tym zapominać.

Dla kogo są "Światy zastępcze"? Tak naprawdę... dla każdego. Zarówno dla zainteresowanych tematem z przyczyn zawodowych, hobbystycznych, ale także dla każdego zwykłego czytelnika, który chciałby podsumować sobie jakąś lekturą to, co tak naprawdę sam bardzo dobrze i intuicyjnie wie. Bo to, o czym pisze autor nie jest niczym odkrywczym - każdy z nas mniej lub bardziej zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo rozmyta i coraz bardziej bezkontaktowa jest codzienność wielu z nas. Warto na ten temat poczytać.

Dziękuję Gdańskiemu Wydawnictwu Psychologicznemu za egzemplarz recenzencki.









środa, 12 grudnia 2018

"Uniesienie" - Stephen King


Tytuł: Uniesienie (tytuł oryginału: Elevation)
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 14.11.2018r.
Liczba stron: 176


Prawie jak "Chudszy" ;)

Stephen King pokazuje, że ciągle jest w dobrej formie :) Kolejna (po zeszłorocznej) wizyta w miasteczku Castle Rock (rok temu zajrzeliśmy tam z racji "Pudełka z guzikami Gwendy") nie wypada może okazale i w jakiś sposób przełomowo, ale to wciąż King, który opowiada historie jak nikt (!).

Główny bohater "Uniesienia", Scott Carey, w tajemniczy sposób traci na wadze. Stale... Pachnie to wszystko "Chudszym", inną "wagową" książką Kinga ;) , jednak na podobieństwach w czystej teorii sprawa się kończy. Scott Carey bowiem, w odróżnieniu od Billa Hallecka, wcale w widoczny sposób nie traci kilogramów. One ubywają tylko kiedy stanie na wadze, a coraz mniejsza waga objawia się z kolei poczuciem lekkości... Coraz większym... Zupełnie jakby docelowo miał osiągnąć wagę "0" i stać się jakimś ludzkim, cudacznym balonem... Czy tak się stanie?

Nie zdradzę ;) ... Ta historia jednak - i tyle powiedzieć mogę - nie jest jeszcze jedną, typową, pełną makabry czy grozy historią z Castle Rock. Samo miasteczko przyzwyczaiło nas do tego, że nie dzieją się tam dobre rzeczy, a jego ulice i mieszkańcy to jedna wielka arena, na której lokalna społeczność (mająca na sumieniu swoje grzechy, zarówno jako pewna całość i jako każda jednostka z osobna) albo niszczy samą siebie ("Sklepik z marzeniami"), albo jest po prostu miejscem, w którym nie dzieje się fajnie ("Cujo", "Mroczna połowa"). Tym razem... pojawia się tak jakby dla tego miasteczka nadzieja? Tak, to dobre słowo. "Uniesienie" bowiem jest dla Castle Rock małą szansą na pokazanie, że można się jako pewna społeczność zaakceptować, polubić i być dla siebie tolerancyjnym. Szansa ta tkwi w tym, co Scott robi dla swoich sąsiadek - lesbijek prowadzących restaurację, które są, delikatnie mówiąc, nie akceptowane przez miasteczko. Czy ten stan rzeczy się zmieni, a szansa na pokazanie przez Castle Rock innego oblicza zostanie wykorzystana? No i pytanie-klucz: czy Scott zdąży zrobić coś dobrego, zanim licznik wagi wskaże magiczne "0"? 

Król Horroru tym razem wcale nie otarł się nawet o horror. Czy to źle? Absolutnie nie. King ma swoją literacką opinię (ciężko żeby autor "Lśnienia", "To", "Christine", "Miasteczka Salem", czy "Smętarza dla zwierzaków" takiej nie miał), jednak jeśli czyta się go uważnie w ostatnich latach, to widać, że w swoich książkach zmierza w trochę inną stronę. Tak jakby (z wiekiem?) nieco zwalniał i zamiast pędzić (ze sporą domieszką gawędziarstwa) ku makabrycznym finałom, zatrzymuje się nieco w swoich książkach - ma się wrażenie, że po to, ażeby się uważniej porozglądać i poopowiadać trochę bardziej o ludziach. Samego gawędziarstwa i rozwlekłych, typowych dla Kinga dygresji i wszelakich "opisów przyrody"... też się nie uświadczy. Historia na tym zyskuje, King skupia się bowiem na jej esencji, lecz czy to nie świadczy aby o tym, że Mistrz się jakby... starzeje? Tracąc swoje walory? Lata swoje ma, to prawda, ja bym jednak nie posuwał się do wniosków w tę stronę zmierzających. To zbyt drastyczne ujęcie sprawy. Być może ci, którzy najbardziej kochają u Kinga grozę, będą nieco rozczarowani, ale to, co obserwujemy w jego książkach od kilku lat, to po prostu - według mnie - pewna zmiana perspektywy objawiająca się w tym, że pisze nieco inaczej... Tylko tyle. A czy to źle... Nie każdemu da się dogodzić i nigdy nie będzie tak, że każdy będzie z czegoś zadowolony. Dla mnie najważniejsze jest to, że King wciąż fantastycznie robi to, za co TAK NAPRAWDĘ POKOCHAŁY GO MILIONY - GENIALNIE OPOWIADA KOLEJNE HISTORIE. I naprawdę nie jest ważne, czy trzęsiemy się przy tym ze strachu, czy leje się krew, czy też raczej przystajemy i trochę bardziej uważnie przyglądamy się wszystkiemu wokół. Ludzie, to wciąż Stephen King! :) Cieszmy się po prostu jego kolejną książką :)

O samej książce jeszcze - wydana bardzo ładnie :) Bardzo podobnie do zeszłorocznego "Pudełka z guzikami Gwendy" jeśli chodzi o wewnętrzną szatę graficzną. Okładka też fajna. Miło brać do ręki tak wydane książki :) 

Kończąc... raz jeszcze: cieszmy się i nie narzekajmy :) Na nic. To wciąż Stephen King, tylko opowiadający swoje historie w nieco inny sposób. "Inny" nie oznacza jednak "gorszy". Jeśli zaś wszyscy oczekujący tylko i wyłącznie grozy będą zawiedzeni, niech przypomną sobie, że ten sam Stephen King napisał także równie uwielbianą przez wszystkich "Zieloną milę", czy choćby "Skazanych na Shawshank". To po prostu Mistrz przez duże "M". Dajmy mu szansę pokazać nam swoje kolejne oblicze :)

Dziękuję Wydawnictwu Albatros za egzemplarz recenzencki.







wtorek, 11 grudnia 2018

"Immortaliści" - Chloe Benjamin


Tytuł: Immortaliści (tytuł oryginału: The Immortalists)
Autor: Chloe Benjamin
Wydawnictwo: Czarna Owca
Data wydania: 19.09.2018r.
Liczba stron: 456


Wiedza... niechciana (?).

A może jednak wiedza chciana, wręcz pożądana? Hm... Ciężko powiedzieć, bardzo trudno bowiem orzec, co jest lepsze: nie wiedzieć o swojej przyszłości nic, czy też wiedzieć o niej to, co dla każdego najtrudniejsze - czyli mieć wiedzę o tym, kiedy się umrze... Co może się dziać z człowiekiem, czy taka wiedza może zmienić całe życie i uczynić z niego... cień egzystencji?

Szalenie ważne pytania, będące wprawdzie na co dzień czystą abstrakcją, a jednak... zajmujące ludzkość od zawsze. Pomysł na książkę zatem gotowy, a w wykonaniu Chloe Benjamin bardzo fajnie wykorzystany. Fajnie... Czy jednak rzeczywiście "fajnie"? W odniesieniu do głównych bohaterów może być to słowo co najmniej dyskusyjne, gdyby bowiem ich zapytać, to nie wiem czy wszyscy - razem i każdy z osobna - byliby zachwyceni tym, co przed nimi.

Skoro o bohaterach mowa, to jest nimi czwórka rodzeństwa Goldów. To żyjący w diasporze nowojorscy Żydzi, który to fakt zapewne nie był bez znaczenia dla autorki jeśli chodzi o społeczne tło opowieści, funkcjonowanie bowiem w tego rodzaju wspólnocie bardzo zwiększa - zwłaszcza u młodych - pociąg do odmiany, ucieczki... do zrobienia wszystkiego inaczej. 

Ale do rzeczy. Rzecz zaś dzieje się w Nowym Jorku w 1969 roku, który obiega wieść o cygańskiej wróżbitce potrafiącej - rzekomo - przepowiedzieć dzień śmierci każdego człowieka. Rodzeństwo, przekornie, odszukuje kobietę. I poznaje to, czego każdy z czwórki braci i sióstr był żądny... Co dalej? Dalej mamy losy każdego z osobna, bardzo od siebie odmienne, a jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, że połączone przez widmowe fatum wiszące nad każdym z Goldów... Fatum "wiedzy", cały czas siedzącej w głowie świadomości o istnieniu epizodu z cygańską przepowiednią. Jakie ma to przełożenie na ich życie? Czy teoretyczna chociażby świadomość momentu, w którym ma przyjść kres, może przełożyć się na życiowe szaleństwa, na swoiste carpe diem, czy raczej skłoni ku szukaniu stabilizacji, bezpieczeństwa, a może... do poszukiwań recepty na nieśmiertelność - a wszystko przez strach? 

Ciekawe pytania... Czytelnik nie ma też - tak do końca - pewności, na ile to co się dzieje w książce jest kwestią indywidualizmu bohaterów, ich chęci wyrwania się na świat ze społeczności w jakiej wzrastali, a na ile jest to właśnie owo fatum pewnej przepowiedni... Tak czy inaczej - książka wciąga (!). I czyta się ją z autentycznym pragnieniem, aby pędzić do końca tej historii i poznać zakończenie.

Polecam!

Dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca za egzemplarz recenzencki.




"Mury" - Hollie Overton


Tytuł: Mury (tytuł oryginału: The Walls)
Autor: Hollie Overton
Wydawnictwo: Czarna Owca
Data wydania: 19.09.2018r.
Liczba stron: 352


Oblicza przemocy...

Thriller... Słowo to zawiera w sobie pewną esencję i zapowiedź tego, czego można się po książce spodziewać. Czasem jednak w słowie tym pojawia się nowa jakość - właśnie DZIĘKI TAKIM KSIĄŻKOM JAK TA. Prostota, a jednocześnie bogactwo emocji: strachu, obaw, nadziei, złości, desperacji... Wszystko zaś osadzone w nieszablonowej fabule, która może zaskoczyć (!).

Kristy - kobieta, która nigdy nie miała łatwego życia. Obarczona odpowiedzialnością za syna i chorego ojca. Aby ich utrzymać podejmuje pracę w więzieniu dla skazanych na śmierć. Rzeczywistość nie jest łatwa, a praca wymagająca... z pewnością nie każdy by jej podołał. Zwłaszcza biorąc pod uwagę sam służbowy ciężar gatunkowy obowiązków. Kiedy więc Kristy poznaje Lance'a i kiedy wszystko jest tak pięknie - zaczyna wierzyć w to, że los może przynieść w życiu coś dobrego. Czy aby jednak na pewno?... Bezpieczeństwo, miłość, "coś dobrego" okazują się być tylko pustymi frazesami, za którymi kryje się koszmar gorszy od wszystkich dotychczasowych doświadczeń. Koszmar pełen agresji i przemocy w spektrum tak szerokim, jak tylko można. W aspekcie zarówno psychicznym jak i fizycznym. Jak uciec z piekła?... Czy zbrodnia może uwolnić od... codziennych, cyklicznych zbrodni doświadczanych ze strony drugiego człowieka?

Hollie Overton to autorka, na którą należy zwrócić uwagę. Dawno nie czytałem tak bogatego w emocje thrillera (!). Warstwa psychologiczna = mistrzostwo. Zarówno patrząc z poziomu zaszczutej wręcz głównej bohaterki, jak i z poziomu sposobu, w jaki ukazano oblicze psychopaty którym bez dwóch zdań jest Lance. Mroczna to opowieść... Poruszająca szalenie ciekawe zagadnienie (nad którym raczej nikt się nie chce zastanawiać) dokąd można zaprowadzić (i doprowadzić) człowieka... Do jakich granic, nad jakie emocjonalne przepaście? I do czego ten zapędzony w kozi róg i "narożnik rozpaczy" człowiek jest w stanie się posunąć, żeby z tego "narożnika" uciec? I czy sama ucieczka wystarczy, czy nie warto aby zadać z zaskoczenia nokautującego ciosu oprawcy? To też rodzi pytania... Od początkowych w rodzaju "zrobić to?", aż do tych głębszych pt. "będę umiała z tym żyć?", "dam radę, robiąc to i... potem?". Mała refleksja nad ludzką naturą... Szalenie zajmująca!

Dobra książka to taka, którą szybko i dobrze się czyta, ale także taka, która skłania do przemyśleń po lekturze. "Mury" spełniają obydwa warunki. A jako że jest to thriller, który - jako gatunek - z zasady raczej do takich refleksji "po" nie skłania, to odpowiedzcie sobie sami na pytanie, czy warto po tę pozycję sięgnąć.

Dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca za egzemplarz recenzencki.



"Płynne pokolenie" - Zygmunt Bauman, Thomas Leoncini


Tytuł: Płynne pokolenie (tytuł oryginału: Nati Liquidi)
Autor: Zygmunt Bauman, Thomas Leoncini 
Wydawnictwo: Czarna Owca
Data wydania: 19.09.2018r.
Liczba stron: 112


Rozważania o współczesności.

Zygmunt Bauman - postać w równym stopniu ciekawa co kontrowersyjna. Człowiek potrafiący wypowiedzieć się na każdy istotny z kulturowego czy socjologicznego punktu widzenia temat. Niezależnie od kontrowersji wokół tej postaci - już za powyższe wielki szacunek. Tym razem słów kilka od Baumana o... współczesności. 

Bo tak naprawdę o tym w niniejszej książce czytamy. Z socjologicznego i kulturowego punktu widzenia na całą sprawę patrząc. Tematy istotne, ciekawe, pełne trafnych spostrzeżeń... I bynajmniej wiek nieżyjącego już Baumana (rocznik 1925) nie jest tutaj przeszkodą w trafnej ocenie otaczającego nas świata.

Bauman wraz z Leoncinim (książka ma formę arcyciekawego dialogu obu panów) snują swe rozważania w odniesieniu do pokolenia dzisiejszych 30-latków na płaszczyznach kulturowych przemian w obszarach wyglądu i aparycji, wzrostu zachowań agresywnych wraz z rozwojem mediów społecznościowych i szeroko pojętej socjologicznej aktywności w sieci, a także w sferze obyczajowości w odniesieniu do uczuć i seksu. Płaszczyzny rozważań... szalenie interesujące. Spostrzeżenia zaś trafne... tylko czy jest się czego cieszyć?

Założeniem i tak naprawdę głównym wnioskiem z tej książki płynącym jest ciągła zmiana, która jest swoistym znakiem naszych czasów. Fakt - ciągła, stale zwiększająca się dynamika rzeczywistości jest bezustannym pędem, brakiem stałych punktów zaczepienia, życiem w biegu do którego każdy musi się przystosować. Niesie to ze sobą konsekwencje. 

Książkę podzielono na trzy obszary rozważań, są one jednak nierozerwalnie powiązane, na zasadzie akcja-reakcja. Zmiany socjologicznych zachowań zbiorowości ludzkich, ukierunkowanie na siebie, indywidualizm - to przekłada się nieuchronnie na zmiany w wyglądzie, w codziennym stylu bycia, w przemianach ogólnie przyjętych zasad i norm społecznych. One z kolei łącza się z aspektem wirtualnego funkcjonowania nas wszystkich (w mniejszym lub większym stopniu), które to wirtualne funkcjonowanie - z racji anonimowości - sprzyja zachowaniom agresywnym, nieskrępowanym. To wszystko z kolei, na zasadzie pewnego efektu lawiny, odbija się na najgłębszych sferach życia związanych z uczuciowością i seksualnością, które w konsekwencji stają się coraz bardziej płynne, rozmyte, odsuwające w tło pewną głębię odczuwania na rzecz "tu i teraz" ze wszystkimi tego faktu (wprawdzie "natychmiastowo" i w łatwy sposób "przyjemnymi") konsekwencjami, lecz także ze wszystkimi konsekwencjami o wydźwięku negatywnym, których skutki można obserwować dopiero wraz z upływem czasu. 

Bez cienia wątpliwości jest to bardzo mądra książka. Trafna, inteligentna, a jednocześnie zrozumiała. I pozwalająca pojąć pewne rzeczy, część z nich sobie uporządkować. Mam takie wrażenie, że w wielu momentach czytałem o wszystkim co gdzieś intuicyjnie każdy z nas wie, lecz niekoniecznie na co dzień o tym myśli i to nazywa. Bez wątpienia warto się na chwilę zatrzymać i tego wrażenia (w trakcie lektury) doświadczyć.

Dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca za egzemplarz recenzencki.



niedziela, 9 grudnia 2018

"Bramy Światłości" tom 3 - Maja Lidia Kossakowska


Tytuł: Bramy Światłości (tom 3)
Cykl: Zastępy Anielskie (tom 7)
Autor: Maja Lidia Kossakowska
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 14.11.2018r.
Liczba stron: 672


Ku Światłości!

Trzeci tom Bram Światłości... Po fantastycznym tomie pierwszym i wciąż dobrym, lecz nieco może rozczarowującym tomie drugim dostajemy oto do rąk tom nr 3 - zakończenie całej historii, które... stoi na świetnym poziomie :) Seria wraca do tego co najlepsze, a jej zakończenie (bo tym właśnie, na to wygląda, jest ta odsłona) sprawia, że czuć tylko żal... Chciałoby się dużo więcej! :)

Wyprawa do Stref Poza Czasem trwa. Choć nie bez problemów, a nawet przeciwnie - z problemami coraz większymi. Przewodząca wyprawie Sereda zdaje sobie coraz lepiej sprawę, że każdy krok naprzód jest jak grzęźnięcie w bagnie... zwłaszcza bez Abaddona... Czy największy wojownik się odnajdzie? I co z Lucyferem, który tak bardzo chce ujrzeć oblicze Pana? 

Świetną stroną tej odsłony cyklu jest powrót autorki do tego, co w rysach charakterologicznych bohaterów najlepsze :) Ale i do tego, co najgorsze, ostatecznie bowiem każdy z zainteresowanych będzie musiał stawić w tej wyprawie czoła samemu sobie. Nie każdemu spodoba się to, co ujrzy i z czym będzie się musiał zmierzyć. Bo, jak się okazuje... Anielskie z nich zastępy, czy nie, ze swoimi słabościami i wadami wszyscy szalenie przypominają... ludzi. A ludzkie ułomności nie raz i nie dwa zniweczyły przedsięwzięcia wielkie.

Niezmiennie dobry jest wątek Rajzela próbującego utrzymać władzę w Głębi poprzez udawanie Lucyfera (goniącego z jęzorem do pasa za samą szansą ujrzenia Pana i powrotu na "łono jego łask" ;) ). Sama końcówka... cóż, dochodzę do wniosku że to jedna z najlepszych sekwencji fabularnych w tym cyklu i zakończenie... chyba najlepsze z możliwych. Logicznie bowiem na rzecz patrząc, nie można tego było skończyć bardziej sensownie niż zrobiła to Pani Lidia :)

Żal jedynie okrutny, że to już KONIEC!... Bo naprawdę na to wygląda... Może (kto wie?) jakiś zbiór opowiadań da się jeszcze do tego wszystkiego dodać, może jakaś furtka się znajdzie na potencjalne kolejne części (!) - ale serce podpowiada, zwłaszcza po doczytaniu epilogu, że to serio koniec tej serii... Będzie mi ich wszystkich brakowało. Bardzo.

Wam pewnie też, ale zanim poczujecie ten żal - przeczytajcie książkę ;) Nie będziecie w żaden sposób zawiedzeni :)

Dziękuję Fabryce Słów za egzemplarz recenzencki.





"W ogniu walki" - Marko Kloss


Tytuł: W ogniu walki (tytuł oryginału: Fields of Fire)
Seria: Frontlines (tom 5)
Autor: Marko Kloss
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 09.11.2018r.
Liczba stron: 400


Walka o Marsa!

Fantastyka militarna w najlepszym możliwym wydaniu! Dosłownie i w przenośni - w wydaniu iście kosmicznym :) Czy może być coś lepszego niż walka z Obcymi w kosmosie o planety rodzimego Układu Słonecznego? Bardzo mało może być rzeczy lepszych :) :) 

Dryblasy - odparci w poprzednich częściach wrogowie, którzy jednakowoż wciąż mocno trzymają się na Marsie... Niby - w teorii - zagrożenie z ich strony już mniejsze, ale marsjański przyczółek to wciąż realne niebezpieczeństwo, i na dziś i na przyszłość. Podzielona, wykrwawiona w bojach ziemska cywilizacja musi wciąż być czujna i gotowa na bój. Trzeba uzupełnić utracone w walce ubytki (w sprzęcie, ludziach) i, czy się tego czy chce, w imię przetrwania trzeba zawalczyć o czerwoną planetę... Nie można jednak czekać z tym w nieskończoność, trzeba więc wybrać - uzbroić się i dopiero atakować, czy zbroić się cały czas, ale atakować już teraz, z tym co się ma?... Oto dylemat...

Andrew i Halley, weterani z poprzednich odsłon cyklu Frontlines, stają na czele nieopierzonych rekrutów i ruszają do walki. Dowództwo jakiś plan działania ma... sklecony z dużą dozą improwizacji i łatania dziur w ogólnej koncepcji - no ale plan jest... Pytanie tylko czy wytrzyma zderzenie z rzeczywistością. Plany zwykle biorą w takich razach w łeb. Czy zatem uda się osiągnąć cel?

Marko Kloss nie rozczarowuje. Istnieją głosy, że cykl Frontlines jest nierówny, że poszczególne części są coraz gorsze. Nie zgodzę się. To wciąż ta sama historia, wątki tylko są różne, a czy się to komuś podoba czy nie - to już rzecz gustu... Ja nie narzekam :) I czekam na kolejną część (!), Kloss bowiem znowu skończył kolejny tom w taki sposób, że nie można nie czekać z niecierpliwością na następny... :)

Dziękuję Fabryce Słów za egzemplarz recenzencki.


"Historie z odległej galaktyki. Star Wars. Złota księga bajek" - praca zbiorowa


Tytuł: Historie z odległej galaktyki. Star Wars. Złota księga bajek
Autor: praca zbiorowa
Wydawnictwo: Egmont Polska
Data wydania: 31.10.2018r.
Liczba stron: 320


Gwiezdne Wojny w pigułce!

Nie lada gratka dla każdego fana Star Wars - i to w każdym wieku! Ta książeczka to fantastyczne, przepięknie zilustrowane kompendium wiedzy o wszystkim, co do tej pory ukazało się w ramach serii Gwiezdne Wojny. To bowiem każdy z dotychczasowych filmów... w formie bajki! :)

Nawet jako kilka bajek... oj, wciąga to wszystko :) Dlatego mam graniczące z pewnością przekonanie, że każdy - niezależnie od wieku - będzie zachwycony biorąc tę pozycję do ręki. "Mroczne widmo", "Atak klonów", "Zemsta Sithów", "Nowa nadzieja", "Imperium kontratakuje", "Powrót Jedi", "Przebudzenie mocy" i "Ostatni Jedi"w formie cudnie zilustrowanych bajek... WOW! :)

Wniosek z tej książeczki płynie bardzo prosty - Gwiezdne Wojny nie tylko dzięki filmom mogą zyskiwać nowych fanów. Bajki na dobranoc jak się okazuje też świetnie mogą temu celowi posłużyć. Niech więc Moc będzie z Wami :)

Dziękuję Egmont Polska za egzemplarz recenzencki.



"Bing. Złota księga bajek" - Ted Dewan, Mandy Archer


Tytuł: Bing. Złota księga bajek
Seria: Złota księga bajek
Autor: Ted Dewan, Mandy Archer 
Wydawnictwo: Egmont Polska
Data wydania: 31.10.2018r.
Liczba stron: 320


Bing one more time ;)

Króliczek Bing to przesympatyczna postać, która spodoba się niejednemu maluchowi :) Opowieści z tej serii są pełne humoru, uśmiechu i pokazywania codzienności w każdej jej odsłonie tak, że staje się ona zrozumiała i ciekawa dla dziecka. Takich historyjek nigdy za wiele!

Opowiastek w tym oto zbiorku znajdziemy trzynaście (czyli dokładnie tyle, ile przeważnie zawiera każda książka z serii Złota księga bajek). Bing przygotuje coś dla Suli, pobawi się z przyjaciółmi w przebieranki, będzie się bawić bańkami mydlanymi... i zrobi mnóstwo innych fajnych rzeczy ;)

Jako propozycja krótkich bajeczek do snu - super wybór. W "Bingu" jest coś, co bardzo fajnie jest w stanie pomóc dziecku poznać otaczający świat, nie tylko świat zabawy i... po prostu się do niego ufnie uśmiechnąć :) I choćby z tego tytułu warto pokazać tę bajkę dziecku - jeśli jeszcze jakimś cudem jej nie zna.

Dziękuję Egmont Polska za egzemplarz recenzencki.



"Masza i Niedźwiedź. Złota księga bajek" - praca zbiorowa


Tytuł: Masza i Niedźwiedź. Złota księga bajek
Seria: Złota księga bajek
Wydawnictwo: Egmont Polska
Data wydania: 17.10.2018r.
Liczba stron: 320


Nowe oblicza Maszy ;)

I rzecz jasna Niedźwiedzia ;) Świetnie znana maluchom bajka zyskuje w tej oto książeczce trzynaście nowych-starych odsłon (część bowiem znana jest z innych publikacji). To jak? Wyruszamy na przygodę? ;)

Psotna Masza i cierpliwy Niedźwiedź (którego mnóstwo razy ze łzami śmiechu w oczach aż człowiekowi szkoda! :) ) przeżyją wspólnie, jako się rzekło, trzynaście nowych przygód. Wśród nich spotkanie z kosmitami (!), historię o wilkach porywających koguta żeby zniósł im jajka i opowieść iście świąteczną :) A to tylko trzy z trzynastu nowych historyjek!

Masza i Niedźwiedź jako seria podbiła seria wielu dzieciaków. I nie tylko dzieciaków zresztą ;) Jak widać bracia zza wschodniej granicy też potrafią stworzyć coś, co porwie tłumy. Ta bajka - w każdej odsłonie - ma w sobie coś, przez co nie sposób się nie uśmiechnąć - i to więcej niż raz :) 

Polecam.

Dziękuję Egmont Polska za egzemplarz recenzencki.